Wybaczcie ,że tak długo ale miałam zepsuty komputer już wstawiam moje dzieło mam nadzieję ,że wam się spodoba ;P
UCIECZKA
Mieliśmy jechać dalej do gór
Erb. Ale czułem ,że coś się stanie. Coś bardzo złego. Ranek był
mglisty i chłodny. Na dworze panowała mgła. Toczyła się wąskimi
uliczkami wśród domów jak wąż szukający kogo by tu pożreć.
Garret pakował wszystkie potrzebne nam rzeczy do dalszej podróży.
Jego zraniona ręka dawała mu znać o sobie bo często kulił się z
bólu a po jego bladej twarzy spływały łzy. Raul biegał po
izdebce sprawdzając czy nic nie zostało zapomniane. Mój mały smok
spał w skórzanej torbie uczepionej do siodła czarnego konia.
Zielone łuski wystającego ogona iskrzyły się gdy padały na niego
cienkie promyki słońca. Rozpierała mnie duma i smutek zarazem. W
sercu jątrzyła się złośliwa rana zadana przez umysł króla
Cieni.
Gdy wszystko zostało spakowane Raul
dał rozkaz ruszenia w drogę. Jechaliśmy długo w milczeniu. Bardzo
długo. Minuty się dłużyły i zamieniały się w godziny. Garret
zaczął jęczeć. Stanęliśmy na postój.
-Coś trzeba z nim zrobić- powiedział
Raul. Jego oczy błyszczały a twarz wykrzywiła się w bólu. Był
tak bardzo podobny do Garreta czy raczej Garret do niego.
Poczułem ból. Przeszył mi klatkę
piersiową z siłą nadzwyczajną. Zacząłem krzyczeć. Świat
rozmazywał mi się co chwila. Słyszałem głośne piski Cornoctisa.
Bolało jakby ktoś przyłożył mi do serca rozżarzony sztylet. I
nagle przypomniało mi się jak konałem podczas męki zadawanej mi
przez Cienia. Raul podszedł do mnie i ogarną mnie ramieniem.
Zerwałem się jak oparzony. Skóra Raula parzyła, piekła jak jakiś
nieznośny środek na skórę.
-Nie dotykaj mnie pokurczu!!!-
wrzasnąłem. Ale to nie był już mój głos. To nie byłem ja a
jednak ja. Co się dzieje. Chciałem krzyknąć do Raula to nie ja!
ja się w ogóle nie odzywam. To było tak jakbym był widzem tego
zdarzenia. Chłopiec o czarnych oczach w postawie ,która oznaczała
pełną gotowość do ataku. I staruszka stojącego z minął
zdumienia na twarzy. Nie mogącym pojąć co się dzieje. Raul
wyprostował się i uśmiechną. Z moich ust dobyły się słowa.
Brzmiały jak grzmoty z nieba podczas burzy.
-Witaj przyjacielu. Jak dawno Cię nie
widziałem. Pewnie ty stoisz za ,,uratowaniem’’ tego chłopca i
najlepszego ucznia do mojej armii i mojego następcę? Na pewno ty bo
któż inny? Któż inny zna tak dobrze moją twierdzę? Jak nie ty
Raul.- słowa te były tak przesiąknięte trucizną i złością, że
aż mną wstrząsnęło.
-Zostaw go w spokoju!
-Nigdy! Jest moim następcą.
Prawowitym następcą!!! Przecież jestem jego ojcem!
- To nie oznacza ,że możesz robić z
nim co chcesz i zmuszać go do rzeczy ,których nie chce robić.!!!
-Ach. A czy ktoś go pytał czy chce?
Raczej nie bracie mój kochany.
-Zostaw go!- wrzasną Raul z całych
sił.
-Żegnaj.- były to ostatnie słowa.
Skuliłem się w bólu. Rana na ręku piekła niemiłosiernie, serce
pękało. Rzuciłem się do biegu szybko złapałem Cornoctisa.
Odepchnąłem Raula który stał koło konia. Wywrócił się.
Zwinnie skoczyłem na rumaka i wsadziłem zdziwionego smoka do torby.
Poganiałem konia by biegł szybciej. Moje serce wrzało. Oczy
piekły. Łzy spływały mi po policzkach. Czułem słony smak w
ustach co raz się odwracałem sprawdzić czy nikt mnie nie ściga.
Ale nikogo nie widziałem. Wszędzie pustka. Słyszałem tylko Raula
i Garreta. Jechałem nie wiadomo gdzie. Koń jakby sam znał drogę.
Pędził przez równinę. W umyśle słyszałem wciąż słowa
‘’jestem jego ojcem!’’. Patrzyłem i to co widziałem nie
dziwiło mnie ani trochę. Patrzyłem oczami wyobraźni. Jakby to
była jakaś mistyfikacja – ja na tronie w czarnej kolczudze i z
berłem, władający całym czarnym krajem. Nieświadom tego gdzie
jestem oprzytomniałem trochę i usłyszałem ,że mój koń wjeżdża
na dziedziniec. Dziedziniec czarnego dworu. Zsiadłem z konia.
Podszedł do mnie strażnik w czarnej pelerynie ukłonił się i
powiedział z wielkim szacunkiem.
-Witaj w domu swym panie.
Nie odpowiedziałem nic. Bo co niby
miałem odpowiedzieć. Moje życie było jak jeden wielki koszmar.
Wciąż były zmiany. Zastanawiałem się tak lecz moje rozmyślania
przerwał mi strażnik.
-Twój ojciec Cię wzywa mój książę.
-Prowadź.
‘’Prowadź’’ naprawdę mi
odbiło. Jestem księciem, jestem synem najgroźniejszego. Więc
poprowadził mnie przed obliczę mego ojca. Drzwi wielkiej sali
otworzyły się z hukiem. Na tronie siedział ten sam groźny władca.
Czerwony płaszcz spływał mu do stóp. Na jego złotej koronie
lśnił rubin tak wielki jak pięść. Ukłoniłem się nisko.
-Powstań synu. Przede mną nie musisz
się kłaniać. Jesteśmy wszak sobie równi.
-Wybacz ojcze.
Kiwną głową na sługi. Natychmiast
przynieśli miękki fotel.
-Usiądź proszę.
Usiadłem bez zbędnych słów. Ojciec
popatrzył się na mnie spokojnie swymi oczyma. I przypomniałem
sobie nieprawdopodobne wspomnienie. Coś co zdarzyło się bardzo
dawno. Nad moją kołyską twarz młodego ojca,- mojego ojca jego
ciepłe brązowe oczy i srebrzysty głos matki. Zostałem wzięty w
ramiona. Ramiona matki- jej jasne zielone oczy iskrzyły się ze
szczęścia.
-Mój mały kochany słodki synek.
–mówiła do mnie czule.
-Faramirze czyż to najbardziej słodkie
dziecko na świecie?
-Tak moja droga........
I znów w wspomnieniu czarna plama
,niepamięć. Popatrzyłem na ojca. Chciałem otworzyć usta coś
powiedzieć.
-Wiem synu.-rzekł.- I chcę Ci to
wszystko wytłumaczyć. Tyle lat minęło.
-Ale przecież moim ojcem był
karczmarz a matką El.....-przerwał mi
-Tak matką twoją była elfka z rodu
plemienia zza góry. Miała na imię Nina. Odziedziczyłeś po niej
kolor włosów, łagodny ton głosu. Jesteś częścią jej częścią
mojej jedynej miłości. To Ty jesteś powodem utrzymania mnie przy
życiu.
-Ale jak to się stało, że trafiłem
tam a nie tu.?
-Napadło na moje królestwo, na nasze
królestwo wojsko elfów zza góry. Twoja matka uciekła wraz ze mną.
Uciekła ze mną bo mnie kochała czego dowodem jesteś właśnie Ty
mój synu. Nie chciała wrócić do swego domu za górą. Więc jej
ojciec sam zaczął interweniować. Napadł na nas. Twoja matka
uciekła wraz z tobą a miałeś wtedy pięć miesięcy. Uciekła z
tobą do wioski. A na skraju lasu dopadli ją ludzie z jej ludu iż
zabili. Tak właśnie traktują zdrajców własnego plemienia. Ciebie
zostawili w lesie w przekonaniu ,że rozszarpią Cię dzikie
zwierzęta. Ale odnalazł Cię karczmarz. Zaopiekował się tobą
jakbyś był jego synem. Znalazł także zwłoki twej matki i
pochował z czcią.
-A co działo się z Tobą? Ojcze?-
widziałem łzy w jego oczach.
-Ja drogi synu zostałem złapany i
wepchnięty do lochu elfów. Byłem tam aż sześć lat. Ale
znalazłem rozwiązanie i uciekłem. Minął następny rok. Szukałem
po całym świecie Ciebie. I usłyszałem wieści ,że karczmarz ma
dziecko, rzadko spotykane pół elfickie dziecko. W moim sercu
odrodziła się nadzieja ,że to może właśnie Ty.
I przypomniałem sobie w tym momencie
następne wspomnienie. Do karczmy w dzień moich siódmych urodzin
przybył bardzo dziwny i tajemniczy jegomość. Odziany w zieloną
pelerynę. Z pięknym pierścieniem na palcu. Usiadł obok mnie i
rozmawiał ze mną. Wiedział bardzo dużo o elfach i krajach bardzo
mi dalekich. Nie mogłem oderwać oczu od jego wspaniałego
pierścienia. Piękny lśniący diament na złotej obrączce. A na
niej wygrawerowane słowa cienkim pismem. Nigdy nie odczytałem co
oznacza ten napis. Patrzyłem się na pierścień i nie wiedziałem
co robić. Mężczyzna spojrzał i jakby odczytał co myślę i co
czuję. Zsunął pierścień z palca i położył przede mną.
Wziąłem go i przyłożyłem do serca jakby to był największy
klejnot na ziemi. Od tamtej pory nigdy już nie widziałem dziwnego
przybysza a pierścień do 13 roku życia nosiłem na łańcuszku a
potem na dłoni. Ocknąłem się ponownie ze wspomnienia. I
spojrzałem na prawą dłoń mojej ręki. Na wskazującym palcu
znajdował się ten pierścień. Wstałem powoli z fotela. Podszedłem
do ojca on również wstał. Przytuliłem się do niego. Łzy
spływały mi po policzkach.
-Witaj w domu mój synu-rzekł ojciec
płakał również.
-Służba!- krzykną. Do sali szybko
wbiegli ludzie.
-Zabrać mi chłopca do komnaty. Dać
mu coś ciepłego i kąpiel. Idź odpręż się synu jutro dzień
poznawania swojej przeszłości.