niedziela, 24 marca 2013

Wybaczcie ,że tak długo ale miałam zepsuty komputer już wstawiam moje dzieło mam nadzieję ,że wam się spodoba ;P


UCIECZKA

Mieliśmy jechać dalej do gór Erb. Ale czułem ,że coś się stanie. Coś bardzo złego. Ranek był mglisty i chłodny. Na dworze panowała mgła. Toczyła się wąskimi uliczkami wśród domów jak wąż szukający kogo by tu pożreć. Garret pakował wszystkie potrzebne nam rzeczy do dalszej podróży. Jego zraniona ręka dawała mu znać o sobie bo często kulił się z bólu a po jego bladej twarzy spływały łzy. Raul biegał po izdebce sprawdzając czy nic nie zostało zapomniane. Mój mały smok spał w skórzanej torbie uczepionej do siodła czarnego konia. Zielone łuski wystającego ogona iskrzyły się gdy padały na niego cienkie promyki słońca. Rozpierała mnie duma i smutek zarazem. W sercu jątrzyła się złośliwa rana zadana przez umysł króla Cieni.
Gdy wszystko zostało spakowane Raul dał rozkaz ruszenia w drogę. Jechaliśmy długo w milczeniu. Bardzo długo. Minuty się dłużyły i zamieniały się w godziny. Garret zaczął jęczeć. Stanęliśmy na postój.
-Coś trzeba z nim zrobić- powiedział Raul. Jego oczy błyszczały a twarz wykrzywiła się w bólu. Był tak bardzo podobny do Garreta czy raczej Garret do niego.
Poczułem ból. Przeszył mi klatkę piersiową z siłą nadzwyczajną. Zacząłem krzyczeć. Świat rozmazywał mi się co chwila. Słyszałem głośne piski Cornoctisa. Bolało jakby ktoś przyłożył mi do serca rozżarzony sztylet. I nagle przypomniało mi się jak konałem podczas męki zadawanej mi przez Cienia. Raul podszedł do mnie i ogarną mnie ramieniem. Zerwałem się jak oparzony. Skóra Raula parzyła, piekła jak jakiś nieznośny środek na skórę.
-Nie dotykaj mnie pokurczu!!!- wrzasnąłem. Ale to nie był już mój głos. To nie byłem ja a jednak ja. Co się dzieje. Chciałem krzyknąć do Raula to nie ja! ja się w ogóle nie odzywam. To było tak jakbym był widzem tego zdarzenia. Chłopiec o czarnych oczach w postawie ,która oznaczała pełną gotowość do ataku. I staruszka stojącego z minął zdumienia na twarzy. Nie mogącym pojąć co się dzieje. Raul wyprostował się i uśmiechną. Z moich ust dobyły się słowa. Brzmiały jak grzmoty z nieba podczas burzy.
-Witaj przyjacielu. Jak dawno Cię nie widziałem. Pewnie ty stoisz za ,,uratowaniem’’ tego chłopca i najlepszego ucznia do mojej armii i mojego następcę? Na pewno ty bo któż inny? Któż inny zna tak dobrze moją twierdzę? Jak nie ty Raul.- słowa te były tak przesiąknięte trucizną i złością, że aż mną wstrząsnęło.
-Zostaw go w spokoju!
-Nigdy! Jest moim następcą. Prawowitym następcą!!! Przecież jestem jego ojcem!
- To nie oznacza ,że możesz robić z nim co chcesz i zmuszać go do rzeczy ,których nie chce robić.!!!
-Ach. A czy ktoś go pytał czy chce? Raczej nie bracie mój kochany.
-Zostaw go!- wrzasną Raul z całych sił.
-Żegnaj.- były to ostatnie słowa. Skuliłem się w bólu. Rana na ręku piekła niemiłosiernie, serce pękało. Rzuciłem się do biegu szybko złapałem Cornoctisa. Odepchnąłem Raula który stał koło konia. Wywrócił się. Zwinnie skoczyłem na rumaka i wsadziłem zdziwionego smoka do torby. Poganiałem konia by biegł szybciej. Moje serce wrzało. Oczy piekły. Łzy spływały mi po policzkach. Czułem słony smak w ustach co raz się odwracałem sprawdzić czy nikt mnie nie ściga. Ale nikogo nie widziałem. Wszędzie pustka. Słyszałem tylko Raula i Garreta. Jechałem nie wiadomo gdzie. Koń jakby sam znał drogę. Pędził przez równinę. W umyśle słyszałem wciąż słowa ‘’jestem jego ojcem!’’. Patrzyłem i to co widziałem nie dziwiło mnie ani trochę. Patrzyłem oczami wyobraźni. Jakby to była jakaś mistyfikacja – ja na tronie w czarnej kolczudze i z berłem, władający całym czarnym krajem. Nieświadom tego gdzie jestem oprzytomniałem trochę i usłyszałem ,że mój koń wjeżdża na dziedziniec. Dziedziniec czarnego dworu. Zsiadłem z konia. Podszedł do mnie strażnik w czarnej pelerynie ukłonił się i powiedział z wielkim szacunkiem.
-Witaj w domu swym panie.
Nie odpowiedziałem nic. Bo co niby miałem odpowiedzieć. Moje życie było jak jeden wielki koszmar. Wciąż były zmiany. Zastanawiałem się tak lecz moje rozmyślania przerwał mi strażnik.
-Twój ojciec Cię wzywa mój książę.
-Prowadź.
‘’Prowadź’’ naprawdę mi odbiło. Jestem księciem, jestem synem najgroźniejszego. Więc poprowadził mnie przed obliczę mego ojca. Drzwi wielkiej sali otworzyły się z hukiem. Na tronie siedział ten sam groźny władca. Czerwony płaszcz spływał mu do stóp. Na jego złotej koronie lśnił rubin tak wielki jak pięść. Ukłoniłem się nisko.
-Powstań synu. Przede mną nie musisz się kłaniać. Jesteśmy wszak sobie równi.
-Wybacz ojcze.
Kiwną głową na sługi. Natychmiast przynieśli miękki fotel.
-Usiądź proszę.
Usiadłem bez zbędnych słów. Ojciec popatrzył się na mnie spokojnie swymi oczyma. I przypomniałem sobie nieprawdopodobne wspomnienie. Coś co zdarzyło się bardzo dawno. Nad moją kołyską twarz młodego ojca,- mojego ojca jego ciepłe brązowe oczy i srebrzysty głos matki. Zostałem wzięty w ramiona. Ramiona matki- jej jasne zielone oczy iskrzyły się ze szczęścia.
-Mój mały kochany słodki synek. –mówiła do mnie czule.
-Faramirze czyż to najbardziej słodkie dziecko na świecie?
-Tak moja droga........
I znów w wspomnieniu czarna plama ,niepamięć. Popatrzyłem na ojca. Chciałem otworzyć usta coś powiedzieć.
-Wiem synu.-rzekł.- I chcę Ci to wszystko wytłumaczyć. Tyle lat minęło.
-Ale przecież moim ojcem był karczmarz a matką El.....-przerwał mi
-Tak matką twoją była elfka z rodu plemienia zza góry. Miała na imię Nina. Odziedziczyłeś po niej kolor włosów, łagodny ton głosu. Jesteś częścią jej częścią mojej jedynej miłości. To Ty jesteś powodem utrzymania mnie przy życiu.
-Ale jak to się stało, że trafiłem tam a nie tu.?
-Napadło na moje królestwo, na nasze królestwo wojsko elfów zza góry. Twoja matka uciekła wraz ze mną. Uciekła ze mną bo mnie kochała czego dowodem jesteś właśnie Ty mój synu. Nie chciała wrócić do swego domu za górą. Więc jej ojciec sam zaczął interweniować. Napadł na nas. Twoja matka uciekła wraz z tobą a miałeś wtedy pięć miesięcy. Uciekła z tobą do wioski. A na skraju lasu dopadli ją ludzie z jej ludu iż zabili. Tak właśnie traktują zdrajców własnego plemienia. Ciebie zostawili w lesie w przekonaniu ,że rozszarpią Cię dzikie zwierzęta. Ale odnalazł Cię karczmarz. Zaopiekował się tobą jakbyś był jego synem. Znalazł także zwłoki twej matki i pochował z czcią.
-A co działo się z Tobą? Ojcze?- widziałem łzy w jego oczach.
-Ja drogi synu zostałem złapany i wepchnięty do lochu elfów. Byłem tam aż sześć lat. Ale znalazłem rozwiązanie i uciekłem. Minął następny rok. Szukałem po całym świecie Ciebie. I usłyszałem wieści ,że karczmarz ma dziecko, rzadko spotykane pół elfickie dziecko. W moim sercu odrodziła się nadzieja ,że to może właśnie Ty.
I przypomniałem sobie w tym momencie następne wspomnienie. Do karczmy w dzień moich siódmych urodzin przybył bardzo dziwny i tajemniczy jegomość. Odziany w zieloną pelerynę. Z pięknym pierścieniem na palcu. Usiadł obok mnie i rozmawiał ze mną. Wiedział bardzo dużo o elfach i krajach bardzo mi dalekich. Nie mogłem oderwać oczu od jego wspaniałego pierścienia. Piękny lśniący diament na złotej obrączce. A na niej wygrawerowane słowa cienkim pismem. Nigdy nie odczytałem co oznacza ten napis. Patrzyłem się na pierścień i nie wiedziałem co robić. Mężczyzna spojrzał i jakby odczytał co myślę i co czuję. Zsunął pierścień z palca i położył przede mną. Wziąłem go i przyłożyłem do serca jakby to był największy klejnot na ziemi. Od tamtej pory nigdy już nie widziałem dziwnego przybysza a pierścień do 13 roku życia nosiłem na łańcuszku a potem na dłoni. Ocknąłem się ponownie ze wspomnienia. I spojrzałem na prawą dłoń mojej ręki. Na wskazującym palcu znajdował się ten pierścień. Wstałem powoli z fotela. Podszedłem do ojca on również wstał. Przytuliłem się do niego. Łzy spływały mi po policzkach.
-Witaj w domu mój synu-rzekł ojciec płakał również.
-Służba!- krzykną. Do sali szybko wbiegli ludzie.
-Zabrać mi chłopca do komnaty. Dać mu coś ciepłego i kąpiel. Idź odpręż się synu jutro dzień poznawania swojej przeszłości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz