niedziela, 24 marca 2013

Nowy rozdział ;P


NOWA OSOBOWOŚĆ

Obudziłem się czując lekki ból w klatce piersiowej. Oczy miałem jeszcze zamknięte ale wiedziałem ,że w mojej komnacie jest ciepło a słońce pada z południowego okna. W powietrzu czułem aromat szałwi i mięty. Drzwi uchyliły się. Otworzyłem oczy i siadłem na łóżku lekki ból w klatce piersiowej przerodził się w ostre pieczenie całego tułowia.
-Panie dobrze się czujesz?- Spytała służąca. W rękach trzymała ręczniki i czyste ubrania.
-Nie nic się nie stało.- Odrzekłem. Położyła ubrania na poręczy mojego łoża. Wstałem powoli i prawie się wywróciłem. Ból był niemiłosierny. Służka pomogła mi dojść do łazienki. Umyłem się ponownie. Kobieta natarła mi plecy jakimś dziwnym mazidłem i obandażowała cała klatkę piersiową.
Wyszedłem na dwór. Byłem niespokojny a to z powodu mojego małego smoka. Cornoctisa nie widziałem cały dzień i bałem się czy nic mu się nie stało. Szedłem powoli bo ból utrudniał mi poruszanie. Siadłem na ławce. Piękno ogrodu mnie bardzo zdziwiło. Gdy byłem tu ostatni raz miałem bardzo niemiłe wspomnienia zamek nie był wcale taki miły jak mi się teraz prezentuje. Zielone bukszpany stanowiły ogrodzenie ogrodu a był w kształcie koła. Na środku stała fontanna jako wyrzeźbione w skale drzewo. Z gałęzi wypływała woda. Wkoło rosło dużo kwiatów i innych roślin których jeszcze nigdy w życiu nie widziałem. Zapatrzony w piękny krajobraz nie zauważyłem przybycia mojego ojca. Siadł obok mnie na ławce. Ubrany był inaczej niż widziałem go wcześniej. Nie jak król. Jego Czarne włosy odbijały słońce nadając mu dawnego młodzieńczego uroku. Miał na sobie ciemno-zielone spodnie, u boku miecz i białą koszulę z krótkim rękawem. Na głowie koronę ale mniejszą niż tę co nosił zwykle.
-Murtaghu dziś chcę Ci oddać to co należy do Ciebie co było od twoich narodzin dane Tobie byś wiedział jak wielkie wspomnienia i czyny dziedziczysz ze swego rodu.
-Cóż to takiego mój ojcze?
Odpiął klamrę od pasa z mieczem. Klękną na jedno kolano i wyciągną miecz z pochwy. Srebrny blask zalśnił w świetle słońca. Czerwono-zielona rękojeść mieniła się i błyszczała swym żywym płomiennym odbiciem.
-Od 17 lat czyli od momentu twych narodzin ten miecz był cały czas przymnie mając nadzieje że trafi w końcu do swego prawowitego właściciela czyli do Ciebie. Nigdy nie był użyty. Nie ma imienia ani historii. Prócz jednego małego szczegółu. Został wykonany przez twego dziada Methaiasa I. Dziś nadszedł dzień kiedy możesz mieć swój własny miecz.
Wziąłem miecz w rękę. Zdawał się być lekki jak piórko, nadzwyczaj dopasowany do mnie. Uniosłem go oburącz w górę. Zastanawiałem się jak go nazwać. Nigdy nie został użyty i nigdy nie zabił nikogo. Jego ostrze lśniło się w słońcu. Rękojeść jak zdradziecki wąż. Wzdłuż klingi biegły napisy. Pokazałem ojcu.
-To synu dłuższa nauka byś poznał co oznaczają te słowa. Jutro czeka Cię nauka walki. Naszej sztuki walki. Od tej pory stajesz się prawowitym następcą tronu i całego królestwa wraz z jego poddanymi.
Byłem niespokojny o mojego smoka. Więc przemówiłem w bardzo niespokojny i nerwowy sposób choć wcale tego nie zamierzałem.
-Ojcze?! Gdzie jest mój smok?
Nie zdążył odpowiedzieć gdy do ogrodu wbiegł mój mały towarzysz a za nim z pięcioro sług zdyszanych i spoconych.
-Wybacz panie, smok był tak niespokojny ,że nie dał się nawet nakarmić tylko pędem pobiegł to księcia. Wybacz mi łaskawy panie.- Ukłonił się przed mym ojcem i przede mną.
-Nic się nie stało Berniku. Wszak jasne jest ,że każdy tęskni za swoim prawdziwym panem.
I spojrzał na mnie. Jego oczy mówiły więcej niż jakiekolwiek słowa wypowiedziane od czasu gdy dowiedziałem się prawdziwości mego pochodzenia. Kucnąłem na ziemi. Mały smok z biegu wskoczył w moje ramiona był troszkę cięższy. Ból w klatce piersiowej stał się niemiłosierny. Ale nie krzyknąłem ani nie zrzuciłem mojego smoka. Jego zielone łuski lśniły. Mieniły się każdym odcieniem zieleni jaki istniał na świecie. Dotknąłem lekko jego pyszczka. Tęskniłem. Czułem lekkie przyjemne mrowienie na skórze. Ja także. Rzekł Cornoctis w mym umyśle. Tęskniłem na prawdę. Czas nieubłaganym i najgroźniejszym wrogiem. Wstałem powoli , postawiłem na trawę mojego smoka. Szybszym krokiem podążałem do zamku.
Dzień minął bardzo szybko a ja dochodziłem do zdrowia. Rana na barku zagoiła się a ból ustąpił. Lecz w mojej głowie toczyła się walka wspomnień i uczuć. Cornoctis jak nigdy a w końcu miał dopiero 2 dni był szczęśliwy. Dobrze nakarmiony, wymyty i wysuszony usnął. Następnego dnia jak zapowiedział mi służący mam mieć pierwsze zajęcia wraz z najlepszymi rycerzami z Szarych Cieni ćwiczenia.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz