niedziela, 24 marca 2013


NOWE ŻYCIE

Pisk smoka stał się nie do zniesienia więc otworzyłem zaspane powieki. Cornoctis leżał koło mnie i uważnie mi się przyglądał. W pokoju było ciemno i widziałem tylko błysk w jego ślepiach i ciepły oddech na skórze.
-Witaj mały- rzekłem głaszcząc go po głowie. –Jak spałeś spytałem w odpowiedzi otworzył tylko pyszczek i ukazał mi swoje białe ząbki z nozdrzy buchnęły gorące stróżki dymu. Zamknął oczy udając ,że śpi. Podniosłem się na łóżku.
-No tak jakbym zjadł tyle co ty też by mi się dobrze spało-powiedziałem śmiejąc się.
Było jeść nikt ci nie zabraniał. Odrzekł mi smok.
-Zabraniał nie zabraniał dziwnie się tu jeszcze czuję nie jestem taki jak ty ,że się tak łatwo przyzwyczajam.-Nie powiedział już nic tylko udawał ,że spał. Nałożyłem na siebie ubranie przygotowane i przewieszone przez poręcz hebanowego krzesła. Czarne spodnie i biała koszula. Przy krześle stał mój miecz ,którego jeszcze nie nazwałem. Zapiąłem pas na biodrach. Na stoliku leżała kartka z krótkim powiadomieniem.
Synu. Gdy się obudzisz to proszę byś przyszedł do sali głównej a swojego smoka zaprowadził do służącego Halma. Twój ociec.
-Cornoctis wstawaj –krzyknąłem do smoka. Ospale zeskoczył z łóżka na ciemną posadzkę i podreptał za mną. Po drodze spotkałem służącego chciałem spytać gdzie mogę spotkać Halma lecz nie zdążyłem otworzyć ust bo on ukłonił się i powiedział.
-Witam książę. Łaskawy mój pan prosił o zabranie smoka ze sobą. Czy mogę?
-Ależ tak ,właśnie Cię szukałem-powiedziałem. Miłego dnia Cornoctisie. Smok odwrócił się i spojrzał na mnie zielonymi oczami. Szedłem szukając po korytarzach sali głównej. Aż w końcu znalazłem. Drzwi choć wielkie to nie zaskrzypiały. Otworzyłem je bezgłośnie. Sala do której wszedłem małymi krokami zaparła mi dech w piersiach. Biały marmur był widoczny wszędzie. Dębowa podłoga kontrastowała się z białymi ścianami. Wielkie okna po prawej i lewej stronie. Posuwałem się do przodu po prawej stronie stały posągi dwa razy większe o człowieka. Przedstawiały starych królów w koronach i młode zgrabne królowe. Jedne posąg bardzo mnie zaintrygował. Stanąłem przed nim. Przedstawiał kobietę o długich włosach z diademem na głowie w rękach trzymała małe dziecko. Chłopczyka z krótkimi włosami. Jego rączki delikatnie dotykały policzków kobiety. Jej suknia spływała aż do ziemi. Na palcu miała pierścień taki sam jaki dostałem na swoje siódme urodziny od nieznajomego w gospodzie. Taki sam klejnot był w koronie mego ojca i w rękojeści mojego miecza.
-To twoja matka i Ty- powiedział ojciec. Odwróciłem się by spojrzeć w jego stronę. Siedział na krześle przy wielkim stole nakrytym różnymi smacznie wyglądającymi potrawami.
-Jest piękna...
Wskazał mi krzesło obok siebie. Zjedliśmy posiłek w milczeniu. Dawno nie czułem w ustach tak dobrych potraw. Klasnął w ręce i przybyła służba. Sprzątnęli wszystkie naczynia i odstawili stół na bok.
-Chodź Murtaghu. Musisz się nauczyć wiele rzeczy.
-Mam tylko jedno pytanie ojcze. Dlaczego porwałeś mnie i torturowałeś w swej twierdzy? Dlaczego torturowałeś elfów?
-Synu to są rzeczy które sam kiedyś odkryjesz i sam się nauczysz jak postępować. Chciałem dobrze ale nie miałem pewności czy to ty na pewno jesteś mym synem.
-Więc teraz skąd niby wiesz ,że jestem twoim synem?
-Masz wszystko co powinien mieć mój syn. Dwa medaliony ,miecz i masz pierścień swej matki. Czyż nie prawda. –Rzekł wskazując na moją dłoń.
-Równie dobrze ktoś inny mógłby sobie taki sam pierścień zrobić.
-NIE!!! Murtaghu takiego pierścienia nikt inny nie mógłby sobie zrobić. O koniec dyskusji. A teraz idź już. Czekają cię lekcje.
I mimo tego że nie miałem ochoty wcale iść by uczyć się rzeczy które są mi potrzebne. Musiałem. Moje umiejętności zadziwiły moich nauczycieli. Mistrz miecza Gorgon Bohras tak był zadowolony ze mnie ,że obiecał pokazać mi najlepsze chwyty w walce na miecze. Mój nowy dobytek był dziwnie lekki. A zawsze zdawało mi się ,że miecz wcale nie powinien być tak łatwy i lekki w użyciu.
-Murtaghu! Skup się na swoim zadaniu. Masz mnie pokonać możesz mi zadawać cios jaki tylko chcesz. Możesz nawet przeszyć mnie mieczem ja się od razu zregeneruję.-Powiedział Gorgon.
-Zregenerujesz?- Spytałem z zaskoczeniem.
-Tak czyli to ,że nic mi się nie stanie. Jestem zmienno skóry i także dowódcą całej armii. Zaczynajmy.
Wyciągnąłem miecz. Czerwony złowrogi blask zalśnił w świetle słońca. Spojrzałem w oczy mego przeciwnika i zaatakowałem. Walka była ostra i niebezpieczna. Kilkanaście razy zraniłem Gorgona w brzuch lecz on nawet nie krzykną ,był bardzo odporny na ból. Ale walka nie trwa wiecznie ,dostałem w plecy. Miecz rozciął mi szatę i mocno zranił plecy. Piekący ból, upadłem na piasek. Krew kapała jak z kranu. Cały żwir wkoło mnie zabarwił się moją krwią. Mistrz przyłożył miecz do mej szyi.
-Całkiem nieźle jak na tak młodego ucznia. Niektórzy nawet nie zdołali mi zadać rany ty zaś zrobiłeś to aż pięciokrotnie będzie z ciebie porządny żołnierz.
Pomógł mi wstać i oddalił się w stronę stajni. Ja zaś powoli w męce udałem się do sypialni. Służąca obmyła mi plecy i obandażowała. Krew przestała się sączyć a rana jakby sama powoli się zrastała. Dziwne zjawisko i niezrozumiałe było to dla mnie. Ale się długo nie zastanawiałem nad tym. Ubrałem się w nowa szatę. Ojciec oznajmił iż zostanę publicznie koronowany na księcia i prawicowego następcę tronu już za siedem dni. W tym czasie młody Książe czyli ja musiał się przygotować do pokazania swych umiejętności przed ludem. Codzienne ćwiczenia, bieganie ,jazda konno, strzelanie z łuku były tak męczące ,że wieczorem przychodziłem do pokoju i padałem na łóżko. Dwórki budziły mnie i prawie siłą zmuszały do kąpieli i połknięcia jakiegoś ohydnego płynu dzięki ,któremu następnego dnia moje wszystkie siniaki, zadrapania i ogólne rany znikały. Gojenie się blizn było coraz szybsze. Mój mistrz miecza był coraz bardziej dumny z moich postępów coraz częściej i coraz głębsze otrzymywał rany. Ale nadal nie mogłem go pokonać. Ojca bardzo rzadko widziałem. Pobierałem nauki doskonalenia pisma i czytania. Najtrudniejsze zadanie i ćwiczenia były z Śmierciołuskim Moody. Jazda konna i walka na miecze. Mój smok także się kształcił pod okiem Folronga. Stary mistrz smoków znał wszystkie tajniki. Wiedział jakie ćwiczenia stosować by smok wzrastał w sile. Cornoctis bardzo zręczny uczeń rósł bardzo szybko. Przez dwa tygodnie z wielkości dorosłego kota urósł do wielkości młodego kuca. Spokojnie mogłem położyć rękę na jego grzbiecie nieschylając się ale nadal był jeszcze za mały i za młody na dosiadanie go. Choć małe dzieci z wioski przy zamku bardzo go polubiły. Gdy chodził ze swym mistrzem na przechadzkę po targach oraz na łąkę by polatać dzieci biegły za nimi i krzyczały z radości. Mistrz był wręcz zmuszony przez dzieci na zrobienie siodła by mój młody smok mógł unosić w powietrze maluchy. Cornoctis wcale się na to nie uskarżał bo bardzo lubił małe dzieci. Jego łuski się wzmacniały i przybrały wyraźny zielony kolor, kły rosły z wielka szybkością a z paszczy wydobywały się od czasu do czasu stróżki cienkiego i czerwonego ognia z czego byłem bardzo dumny. Mistrz trenował w nim jeszcze umiejętność zgrabnych manewrów w powietrzu. Czas upływał bardzo szybko, byłem coraz bardziej zdenerwowany bo niedługo miało być uroczyste wystąpienie.

no i teraz trzeba czekać kilka dni na nowe rozdziały ;P



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz