środa, 27 marca 2013
poniedziałek, 25 marca 2013
POLOWANIE
Jak obiecałam
POLOWANIE
Śmierciołuski Moody dwa dni przed całą ceremonią zarządził polowanie na białego jelenia. Zwierzę to pojawiało się dwa razy do roku w noc świętojańską i podczas zaćmienia słońca. Nikt nigdy nie zdołał go schwytać podczas panowania mojego rodu ale chodziły pogłoski iż ród z którego pochodziła moja matka w równonoc schwytali zwierzę. A było ono o pięknej gładkiej sierści, srebrzącej się w świetle księżyca. Podobno każdy kto choć raz dotkną lub choćby spotkał na swej drodze to zwierze na zawsze zostawał odmieniony. Jelenia widziały osoby tylko o dobrym i czystym sercu. Tak jak nadworny bard Hirluin. Krążyła plotka od wielu lat ,iż młody wtedy jeszcze bo zaledwie szesnastoletni Hirluin syn młynarza zza morza przybył do naszego królestwa i szukał pracy. A dzięki fachowi jego ojca znalazł ją szybko u nadwornego młynarza. Pracował tam wiele lat i któregoś wieczoru a dokładnie właśnie w noc świętojańską wyszedł do lasu. Wrócił bardzo późno i jak się okazało wrócił odmieniony. Zaczął pisać piękne wiersze i pieśni. Porzucił pracę w młynie i udał się na dwór mego ojca który właśnie rozpoczął swoje panowanie. Król i jego młody następca przyjęli go z otwartymi ramionami. Nikt nie spodziewał się iż ów czterdziestoletni mężczyzna ma taki talent. Niestety to on przepowiedział przykre losy ojca. Nikt nie znał prawdziwej formuły przepowiedni. Od tamtej pory gdy Hirluin wypowiedział słowa przestał się odzywać, niektórzy uważali iż opętała go ciemność i stracił głos na wskutek klątwy. Ale prawdy nikt nie poznał aż do tej pory. I chodź bard jest już stary a liczy sobie 69 lat aż do tej pory się do nikogo nie odzywa. Wciąż pisze piękne pieśni i wiersze to jego stan jest niezmieniony. Gdy rozpoczęły się przygotowania do polowania spotkałem dwa razy barda ,który uśmiechał się do mnie w tajemniczy sposób. Moje myśli jednak zajęły inne sprawy. Pobiegłem do stajni by przygotować swojego konia do podróży. Wyszorowałem siodło, uzdy i inne potrzebne przybory do jazdy. Poprosiłem także służących o przyniesienie łuku i strzał jak najlepszych w królestwie. Ku memu zdziwieniu podczas oczekiwać na sługi, poszedł do mnie ów stary bard a w rękach trzymał łuk i srebrno-zielone strzały w złotym kołczanie. Popatrzyłem się na niego bardzo zdziwiony. Lecz on tylko pokazał mi bym był cicho i się odezwał co wprawiło mnie w jeszcze większe osłupienie.
- Murtaghu na pewno wiesz kim jestem. Przynoszę Ci ten łuk i strzały by Ci pomóc. Dzięki tym strzałom schwytasz białego jelenia. Ten łuk nigdy cię nie zawiedzie i na pewno trafisz do celu który chcesz upolować.
-Dziękuję. Ale skąd go masz? Dlaczego mi pomagasz?
Starzec zamiast mi odpowiedzieć na pytanie ,rzekł tylko:
-Pracuj cicho i w skupieniu.- Po tych słowach odszedł powoli. Jego zielona szata była widoczna jeszcze z daleka. Chwilę później przybiegła służba z łukami i strzałami. Musiałem ich odprawić. Przyjrzałem się łukowi. Był pięknie zdobiony pięknymi zielonymi listkami i wyrzeźbionymi postaciami. Czarny koń oparł łeb na moim ramieniu. Pogłaskałem go po grzywie. Do stajni szybko wbiegł jakiś sługa.
-Panie ,Śmierciołuski nakazuje pośpiech bo za chwilę wyjeżdżacie.
-Dziękuję, ale czy mógłbyś mi pomóc osiodłać konia?
Służący ukłonił się i zaczął mi pomagać. Szybko się z tym uporaliśmy. Wskoczyłem na konia i wyjechałem ze stajni a w tym samym momencie podjechali do mnie Moody i jego kompania.
-No Murtaghu gotowy do nocnej przygody i polowania?
-Tak mistrzu, sądzę że chyba dam radę.
-Mam nadzieję.
Pojechaliśmy szybko w stronę lasu, był zwany także jako Puszcza Zła. Gdy tam wjechaliśmy poczułem dziwny ból i zmęczenie. Głowa opadła mi na pierś i zasnąłem. Nic nie słyszałem ,nic nie widziałem. Nie wiem ile czasu spałem, nie wiem jak długo byłem poza czasem zwykłego świata. Obudził i przywrócił mnie do stanu normalnego funkcjonowania jakiś miękki i ciepły dotyk. Otworzyłem oczy, nade mną było ciemne niebo usypane gwiazdami. Obok mnie coś się błyszczało ale widziałem tylko poświatę. Usiadłem powoli. Przede mną stał biały jeleń, przetarłem oczy bo nie mogłem uwierzyć ,że to się naprawdę się dzieje. Ale jeleń stał dalej przede mną. Wstałem gwałtownie bardzo zdumiony i przestraszony. Odsunąłem się kilka kroków do tyłu. Nagle biały jeleń zaczął się przemieniać. Stanął na tylnie kopyta, wokół niego utworzyła się srebrna mgła. Zamknąłem oczy bo światło bardzo mnie raziło.
-Nie bój się- usłyszałem piękny głos ,który brzmiał mi w głowie jak najpiękniejszy dźwięk, jak dzwonki jak deszcz. Nie mogłem znaleźć określenia do tak pięknego głosu ale jeszcze piękniejsza była kobieta ,która stała przede mną. Przyjrzałem się jej dokładnie i pewien szczegół nie uległ mojej nieuwadze. Ta kobieta miała taki sam pierścień na palcu jak ja i mój ojciec. Spojrzałem na nią w sercu rosło mi coraz bardziej uczucie szczęścia. Nie potrafiłem tego wytłumaczyć.
-Tak synu.
-Ale Ty nie żyjesz. Matko?
-Nie żyję to prawda ale dzięki memu dziedzictwu mogę wciąż żyć w tej właśnie postaci.
-Czyli, że jednak żyjesz???
-Tak i nie
Jej postać zaczęła się rozpływać znów zaczęła się przemieniać w jelenia o pięknej barwie.
Do zobaczenia Mój Synu.
Usłyszałem jeszcze te słowa na koniec. Biały jeleń skoczył żwawo w las a ja usłyszałem głos rogu. A na polankę wjechał Śmierciołuski Moody.
-Murtaghu szukamy Cię od kilku godzin, co się stało?
Lecz ja nic mu nie odpowiedziałem tylko wciąż wpatrywałem się miejsce w ,którym zniknął jeleń.
-Widziałeś? Prawda?- Spytał Moody. Skinąłem tylko lekko głową i nic już więcej nie powiedziałem. A w mojej głowie wciąż brzmiały mi słowa ‘’Mój Synu’’.
dziś będzie nowy rozdział:P
dzisiaj ok. Godziny 14.30 wstawię nowy rozdział. Wczoraj siedziałam cały dzień i pisałam. Troche napisałam coś bardzow
nierealnego ale mam nadzieję że wam się spodoba :P
niedziela, 24 marca 2013
NOWE ŻYCIE
-Witaj mały- rzekłem głaszcząc go po głowie. –Jak spałeś spytałem w odpowiedzi otworzył tylko pyszczek i ukazał mi swoje białe ząbki z nozdrzy buchnęły gorące stróżki dymu. Zamknął oczy udając ,że śpi. Podniosłem się na łóżku.
-No tak jakbym zjadł tyle co ty też by mi się dobrze spało-powiedziałem śmiejąc się.
Było jeść nikt ci nie zabraniał. Odrzekł mi smok.
-Zabraniał nie zabraniał dziwnie się tu jeszcze czuję nie jestem taki jak ty ,że się tak łatwo przyzwyczajam.-Nie powiedział już nic tylko udawał ,że spał. Nałożyłem na siebie ubranie przygotowane i przewieszone przez poręcz hebanowego krzesła. Czarne spodnie i biała koszula. Przy krześle stał mój miecz ,którego jeszcze nie nazwałem. Zapiąłem pas na biodrach. Na stoliku leżała kartka z krótkim powiadomieniem.
Synu. Gdy się obudzisz to proszę byś przyszedł do sali głównej a swojego smoka zaprowadził do służącego Halma. Twój ociec.
-Cornoctis wstawaj –krzyknąłem do smoka. Ospale zeskoczył z łóżka na ciemną posadzkę i podreptał za mną. Po drodze spotkałem służącego chciałem spytać gdzie mogę spotkać Halma lecz nie zdążyłem otworzyć ust bo on ukłonił się i powiedział.
-Witam książę. Łaskawy mój pan prosił o zabranie smoka ze sobą. Czy mogę?
-Ależ tak ,właśnie Cię szukałem-powiedziałem. Miłego dnia Cornoctisie. Smok odwrócił się i spojrzał na mnie zielonymi oczami. Szedłem szukając po korytarzach sali głównej. Aż w końcu znalazłem. Drzwi choć wielkie to nie zaskrzypiały. Otworzyłem je bezgłośnie. Sala do której wszedłem małymi krokami zaparła mi dech w piersiach. Biały marmur był widoczny wszędzie. Dębowa podłoga kontrastowała się z białymi ścianami. Wielkie okna po prawej i lewej stronie. Posuwałem się do przodu po prawej stronie stały posągi dwa razy większe o człowieka. Przedstawiały starych królów w koronach i młode zgrabne królowe. Jedne posąg bardzo mnie zaintrygował. Stanąłem przed nim. Przedstawiał kobietę o długich włosach z diademem na głowie w rękach trzymała małe dziecko. Chłopczyka z krótkimi włosami. Jego rączki delikatnie dotykały policzków kobiety. Jej suknia spływała aż do ziemi. Na palcu miała pierścień taki sam jaki dostałem na swoje siódme urodziny od nieznajomego w gospodzie. Taki sam klejnot był w koronie mego ojca i w rękojeści mojego miecza.
-To twoja matka i Ty- powiedział ojciec. Odwróciłem się by spojrzeć w jego stronę. Siedział na krześle przy wielkim stole nakrytym różnymi smacznie wyglądającymi potrawami.
-Jest piękna...
Wskazał mi krzesło obok siebie. Zjedliśmy posiłek w milczeniu. Dawno nie czułem w ustach tak dobrych potraw. Klasnął w ręce i przybyła służba. Sprzątnęli wszystkie naczynia i odstawili stół na bok.
-Chodź Murtaghu. Musisz się nauczyć wiele rzeczy.
-Mam tylko jedno pytanie ojcze. Dlaczego porwałeś mnie i torturowałeś w swej twierdzy? Dlaczego torturowałeś elfów?
-Synu to są rzeczy które sam kiedyś odkryjesz i sam się nauczysz jak postępować. Chciałem dobrze ale nie miałem pewności czy to ty na pewno jesteś mym synem.
-Więc teraz skąd niby wiesz ,że jestem twoim synem?
-Masz wszystko co powinien mieć mój syn. Dwa medaliony ,miecz i masz pierścień swej matki. Czyż nie prawda. –Rzekł wskazując na moją dłoń.
-Równie dobrze ktoś inny mógłby sobie taki sam pierścień zrobić.
-NIE!!! Murtaghu takiego pierścienia nikt inny nie mógłby sobie zrobić. O koniec dyskusji. A teraz idź już. Czekają cię lekcje.
I mimo tego że nie miałem ochoty wcale iść by uczyć się rzeczy które są mi potrzebne. Musiałem. Moje umiejętności zadziwiły moich nauczycieli. Mistrz miecza Gorgon Bohras tak był zadowolony ze mnie ,że obiecał pokazać mi najlepsze chwyty w walce na miecze. Mój nowy dobytek był dziwnie lekki. A zawsze zdawało mi się ,że miecz wcale nie powinien być tak łatwy i lekki w użyciu.
-Murtaghu! Skup się na swoim zadaniu. Masz mnie pokonać możesz mi zadawać cios jaki tylko chcesz. Możesz nawet przeszyć mnie mieczem ja się od razu zregeneruję.-Powiedział Gorgon.
-Zregenerujesz?- Spytałem z zaskoczeniem.
-Tak czyli to ,że nic mi się nie stanie. Jestem zmienno skóry i także dowódcą całej armii. Zaczynajmy.
Wyciągnąłem miecz. Czerwony złowrogi blask zalśnił w świetle słońca. Spojrzałem w oczy mego przeciwnika i zaatakowałem. Walka była ostra i niebezpieczna. Kilkanaście razy zraniłem Gorgona w brzuch lecz on nawet nie krzykną ,był bardzo odporny na ból. Ale walka nie trwa wiecznie ,dostałem w plecy. Miecz rozciął mi szatę i mocno zranił plecy. Piekący ból, upadłem na piasek. Krew kapała jak z kranu. Cały żwir wkoło mnie zabarwił się moją krwią. Mistrz przyłożył miecz do mej szyi.
-Całkiem nieźle jak na tak młodego ucznia. Niektórzy nawet nie zdołali mi zadać rany ty zaś zrobiłeś to aż pięciokrotnie będzie z ciebie porządny żołnierz.
Pomógł mi wstać i oddalił się w stronę stajni. Ja zaś powoli w męce udałem się do sypialni. Służąca obmyła mi plecy i obandażowała. Krew przestała się sączyć a rana jakby sama powoli się zrastała. Dziwne zjawisko i niezrozumiałe było to dla mnie. Ale się długo nie zastanawiałem nad tym. Ubrałem się w nowa szatę. Ojciec oznajmił iż zostanę publicznie koronowany na księcia i prawicowego następcę tronu już za siedem dni. W tym czasie młody Książe czyli ja musiał się przygotować do pokazania swych umiejętności przed ludem. Codzienne ćwiczenia, bieganie ,jazda konno, strzelanie z łuku były tak męczące ,że wieczorem przychodziłem do pokoju i padałem na łóżko. Dwórki budziły mnie i prawie siłą zmuszały do kąpieli i połknięcia jakiegoś ohydnego płynu dzięki ,któremu następnego dnia moje wszystkie siniaki, zadrapania i ogólne rany znikały. Gojenie się blizn było coraz szybsze. Mój mistrz miecza był coraz bardziej dumny z moich postępów coraz częściej i coraz głębsze otrzymywał rany. Ale nadal nie mogłem go pokonać. Ojca bardzo rzadko widziałem. Pobierałem nauki doskonalenia pisma i czytania. Najtrudniejsze zadanie i ćwiczenia były z Śmierciołuskim Moody. Jazda konna i walka na miecze. Mój smok także się kształcił pod okiem Folronga. Stary mistrz smoków znał wszystkie tajniki. Wiedział jakie ćwiczenia stosować by smok wzrastał w sile. Cornoctis bardzo zręczny uczeń rósł bardzo szybko. Przez dwa tygodnie z wielkości dorosłego kota urósł do wielkości młodego kuca. Spokojnie mogłem położyć rękę na jego grzbiecie nieschylając się ale nadal był jeszcze za mały i za młody na dosiadanie go. Choć małe dzieci z wioski przy zamku bardzo go polubiły. Gdy chodził ze swym mistrzem na przechadzkę po targach oraz na łąkę by polatać dzieci biegły za nimi i krzyczały z radości. Mistrz był wręcz zmuszony przez dzieci na zrobienie siodła by mój młody smok mógł unosić w powietrze maluchy. Cornoctis wcale się na to nie uskarżał bo bardzo lubił małe dzieci. Jego łuski się wzmacniały i przybrały wyraźny zielony kolor, kły rosły z wielka szybkością a z paszczy wydobywały się od czasu do czasu stróżki cienkiego i czerwonego ognia z czego byłem bardzo dumny. Mistrz trenował w nim jeszcze umiejętność zgrabnych manewrów w powietrzu. Czas upływał bardzo szybko, byłem coraz bardziej zdenerwowany bo niedługo miało być uroczyste wystąpienie.
no i teraz trzeba czekać kilka dni na nowe rozdziały ;P
Nowy rozdział ;P
NOWA
OSOBOWOŚĆ
Obudziłem się czując lekki ból
w klatce piersiowej. Oczy miałem jeszcze zamknięte ale wiedziałem
,że w mojej komnacie jest ciepło a słońce pada z południowego
okna. W powietrzu czułem aromat szałwi i mięty. Drzwi uchyliły
się. Otworzyłem oczy i siadłem na łóżku lekki ból w klatce
piersiowej przerodził się w ostre pieczenie całego tułowia.
-Panie dobrze się czujesz?- Spytała
służąca. W rękach trzymała ręczniki i czyste ubrania.
-Nie nic się nie stało.- Odrzekłem.
Położyła ubrania na poręczy mojego łoża. Wstałem powoli i
prawie się wywróciłem. Ból był niemiłosierny. Służka pomogła
mi dojść do łazienki. Umyłem się ponownie. Kobieta natarła mi
plecy jakimś dziwnym mazidłem i obandażowała cała klatkę
piersiową.
Wyszedłem na dwór. Byłem
niespokojny a to z powodu mojego małego smoka. Cornoctisa nie
widziałem cały dzień i bałem się czy nic mu się nie stało.
Szedłem powoli bo ból utrudniał mi poruszanie. Siadłem na ławce.
Piękno ogrodu mnie bardzo zdziwiło. Gdy byłem tu ostatni raz
miałem bardzo niemiłe wspomnienia zamek nie był wcale taki miły
jak mi się teraz prezentuje. Zielone bukszpany stanowiły ogrodzenie
ogrodu a był w kształcie koła. Na środku stała fontanna jako
wyrzeźbione w skale drzewo. Z gałęzi wypływała woda. Wkoło
rosło dużo kwiatów i innych roślin których jeszcze nigdy w życiu
nie widziałem. Zapatrzony w piękny krajobraz nie zauważyłem
przybycia mojego ojca. Siadł obok mnie na ławce. Ubrany był
inaczej niż widziałem go wcześniej. Nie jak król. Jego Czarne
włosy odbijały słońce nadając mu dawnego młodzieńczego uroku.
Miał na sobie ciemno-zielone spodnie, u boku miecz i białą koszulę
z krótkim rękawem. Na głowie koronę ale mniejszą niż tę co
nosił zwykle.
-Murtaghu dziś chcę Ci oddać to co
należy do Ciebie co było od twoich narodzin dane Tobie byś
wiedział jak wielkie wspomnienia i czyny dziedziczysz ze swego rodu.
-Cóż to takiego mój ojcze?
Odpiął klamrę od pasa z mieczem.
Klękną na jedno kolano i wyciągną miecz z pochwy. Srebrny blask
zalśnił w świetle słońca. Czerwono-zielona rękojeść mieniła
się i błyszczała swym żywym płomiennym odbiciem.
-Od 17 lat czyli od momentu twych
narodzin ten miecz był cały czas przymnie mając nadzieje że trafi
w końcu do swego prawowitego właściciela czyli do Ciebie. Nigdy
nie był użyty. Nie ma imienia ani historii. Prócz jednego małego
szczegółu. Został wykonany przez twego dziada Methaiasa I. Dziś
nadszedł dzień kiedy możesz mieć swój własny miecz.
Wziąłem miecz w rękę. Zdawał się
być lekki jak piórko, nadzwyczaj dopasowany do mnie. Uniosłem go
oburącz w górę. Zastanawiałem się jak go nazwać. Nigdy nie
został użyty i nigdy nie zabił nikogo. Jego ostrze lśniło się w
słońcu. Rękojeść jak zdradziecki wąż. Wzdłuż klingi biegły
napisy. Pokazałem ojcu.
-To synu dłuższa nauka byś poznał
co oznaczają te słowa. Jutro czeka Cię nauka walki. Naszej sztuki
walki. Od tej pory stajesz się prawowitym następcą tronu i całego
królestwa wraz z jego poddanymi.
Byłem niespokojny o mojego smoka. Więc
przemówiłem w bardzo niespokojny i nerwowy sposób choć wcale tego
nie zamierzałem.
-Ojcze?! Gdzie jest mój smok?
Nie zdążył odpowiedzieć gdy do
ogrodu wbiegł mój mały towarzysz a za nim z pięcioro sług
zdyszanych i spoconych.
-Wybacz panie, smok był tak
niespokojny ,że nie dał się nawet nakarmić tylko pędem pobiegł
to księcia. Wybacz mi łaskawy panie.- Ukłonił się przed mym
ojcem i przede mną.
-Nic się nie stało Berniku. Wszak
jasne jest ,że każdy tęskni za swoim prawdziwym panem.
I spojrzał na mnie. Jego oczy mówiły
więcej niż jakiekolwiek słowa wypowiedziane od czasu gdy
dowiedziałem się prawdziwości mego pochodzenia. Kucnąłem na
ziemi. Mały smok z biegu wskoczył w moje ramiona był troszkę
cięższy. Ból w klatce piersiowej stał się niemiłosierny. Ale
nie krzyknąłem ani nie zrzuciłem mojego smoka. Jego zielone łuski
lśniły. Mieniły się każdym odcieniem zieleni jaki istniał na
świecie. Dotknąłem lekko jego pyszczka. Tęskniłem. Czułem
lekkie przyjemne mrowienie na skórze. Ja także. Rzekł
Cornoctis w mym umyśle. Tęskniłem na prawdę. Czas nieubłaganym i
najgroźniejszym wrogiem. Wstałem powoli , postawiłem na trawę
mojego smoka. Szybszym krokiem podążałem do zamku.
Dzień minął bardzo szybko a ja
dochodziłem do zdrowia. Rana na barku zagoiła się a ból ustąpił.
Lecz w mojej głowie toczyła się walka wspomnień i uczuć.
Cornoctis jak nigdy a w końcu miał dopiero 2 dni był szczęśliwy.
Dobrze nakarmiony, wymyty i wysuszony usnął. Następnego dnia jak
zapowiedział mi służący mam mieć pierwsze zajęcia wraz z
najlepszymi rycerzami z Szarych Cieni ćwiczenia.
Wybaczcie ,że tak długo ale miałam zepsuty komputer już wstawiam moje dzieło mam nadzieję ,że wam się spodoba ;P
UCIECZKA
Mieliśmy jechać dalej do gór
Erb. Ale czułem ,że coś się stanie. Coś bardzo złego. Ranek był
mglisty i chłodny. Na dworze panowała mgła. Toczyła się wąskimi
uliczkami wśród domów jak wąż szukający kogo by tu pożreć.
Garret pakował wszystkie potrzebne nam rzeczy do dalszej podróży.
Jego zraniona ręka dawała mu znać o sobie bo często kulił się z
bólu a po jego bladej twarzy spływały łzy. Raul biegał po
izdebce sprawdzając czy nic nie zostało zapomniane. Mój mały smok
spał w skórzanej torbie uczepionej do siodła czarnego konia.
Zielone łuski wystającego ogona iskrzyły się gdy padały na niego
cienkie promyki słońca. Rozpierała mnie duma i smutek zarazem. W
sercu jątrzyła się złośliwa rana zadana przez umysł króla
Cieni.
Gdy wszystko zostało spakowane Raul
dał rozkaz ruszenia w drogę. Jechaliśmy długo w milczeniu. Bardzo
długo. Minuty się dłużyły i zamieniały się w godziny. Garret
zaczął jęczeć. Stanęliśmy na postój.
-Coś trzeba z nim zrobić- powiedział
Raul. Jego oczy błyszczały a twarz wykrzywiła się w bólu. Był
tak bardzo podobny do Garreta czy raczej Garret do niego.
Poczułem ból. Przeszył mi klatkę
piersiową z siłą nadzwyczajną. Zacząłem krzyczeć. Świat
rozmazywał mi się co chwila. Słyszałem głośne piski Cornoctisa.
Bolało jakby ktoś przyłożył mi do serca rozżarzony sztylet. I
nagle przypomniało mi się jak konałem podczas męki zadawanej mi
przez Cienia. Raul podszedł do mnie i ogarną mnie ramieniem.
Zerwałem się jak oparzony. Skóra Raula parzyła, piekła jak jakiś
nieznośny środek na skórę.
-Nie dotykaj mnie pokurczu!!!-
wrzasnąłem. Ale to nie był już mój głos. To nie byłem ja a
jednak ja. Co się dzieje. Chciałem krzyknąć do Raula to nie ja!
ja się w ogóle nie odzywam. To było tak jakbym był widzem tego
zdarzenia. Chłopiec o czarnych oczach w postawie ,która oznaczała
pełną gotowość do ataku. I staruszka stojącego z minął
zdumienia na twarzy. Nie mogącym pojąć co się dzieje. Raul
wyprostował się i uśmiechną. Z moich ust dobyły się słowa.
Brzmiały jak grzmoty z nieba podczas burzy.
-Witaj przyjacielu. Jak dawno Cię nie
widziałem. Pewnie ty stoisz za ,,uratowaniem’’ tego chłopca i
najlepszego ucznia do mojej armii i mojego następcę? Na pewno ty bo
któż inny? Któż inny zna tak dobrze moją twierdzę? Jak nie ty
Raul.- słowa te były tak przesiąknięte trucizną i złością, że
aż mną wstrząsnęło.
-Zostaw go w spokoju!
-Nigdy! Jest moim następcą.
Prawowitym następcą!!! Przecież jestem jego ojcem!
- To nie oznacza ,że możesz robić z
nim co chcesz i zmuszać go do rzeczy ,których nie chce robić.!!!
-Ach. A czy ktoś go pytał czy chce?
Raczej nie bracie mój kochany.
-Zostaw go!- wrzasną Raul z całych
sił.
-Żegnaj.- były to ostatnie słowa.
Skuliłem się w bólu. Rana na ręku piekła niemiłosiernie, serce
pękało. Rzuciłem się do biegu szybko złapałem Cornoctisa.
Odepchnąłem Raula który stał koło konia. Wywrócił się.
Zwinnie skoczyłem na rumaka i wsadziłem zdziwionego smoka do torby.
Poganiałem konia by biegł szybciej. Moje serce wrzało. Oczy
piekły. Łzy spływały mi po policzkach. Czułem słony smak w
ustach co raz się odwracałem sprawdzić czy nikt mnie nie ściga.
Ale nikogo nie widziałem. Wszędzie pustka. Słyszałem tylko Raula
i Garreta. Jechałem nie wiadomo gdzie. Koń jakby sam znał drogę.
Pędził przez równinę. W umyśle słyszałem wciąż słowa
‘’jestem jego ojcem!’’. Patrzyłem i to co widziałem nie
dziwiło mnie ani trochę. Patrzyłem oczami wyobraźni. Jakby to
była jakaś mistyfikacja – ja na tronie w czarnej kolczudze i z
berłem, władający całym czarnym krajem. Nieświadom tego gdzie
jestem oprzytomniałem trochę i usłyszałem ,że mój koń wjeżdża
na dziedziniec. Dziedziniec czarnego dworu. Zsiadłem z konia.
Podszedł do mnie strażnik w czarnej pelerynie ukłonił się i
powiedział z wielkim szacunkiem.
-Witaj w domu swym panie.
Nie odpowiedziałem nic. Bo co niby
miałem odpowiedzieć. Moje życie było jak jeden wielki koszmar.
Wciąż były zmiany. Zastanawiałem się tak lecz moje rozmyślania
przerwał mi strażnik.
-Twój ojciec Cię wzywa mój książę.
-Prowadź.
‘’Prowadź’’ naprawdę mi
odbiło. Jestem księciem, jestem synem najgroźniejszego. Więc
poprowadził mnie przed obliczę mego ojca. Drzwi wielkiej sali
otworzyły się z hukiem. Na tronie siedział ten sam groźny władca.
Czerwony płaszcz spływał mu do stóp. Na jego złotej koronie
lśnił rubin tak wielki jak pięść. Ukłoniłem się nisko.
-Powstań synu. Przede mną nie musisz
się kłaniać. Jesteśmy wszak sobie równi.
-Wybacz ojcze.
Kiwną głową na sługi. Natychmiast
przynieśli miękki fotel.
-Usiądź proszę.
Usiadłem bez zbędnych słów. Ojciec
popatrzył się na mnie spokojnie swymi oczyma. I przypomniałem
sobie nieprawdopodobne wspomnienie. Coś co zdarzyło się bardzo
dawno. Nad moją kołyską twarz młodego ojca,- mojego ojca jego
ciepłe brązowe oczy i srebrzysty głos matki. Zostałem wzięty w
ramiona. Ramiona matki- jej jasne zielone oczy iskrzyły się ze
szczęścia.
-Mój mały kochany słodki synek.
–mówiła do mnie czule.
-Faramirze czyż to najbardziej słodkie
dziecko na świecie?
-Tak moja droga........
I znów w wspomnieniu czarna plama
,niepamięć. Popatrzyłem na ojca. Chciałem otworzyć usta coś
powiedzieć.
-Wiem synu.-rzekł.- I chcę Ci to
wszystko wytłumaczyć. Tyle lat minęło.
-Ale przecież moim ojcem był
karczmarz a matką El.....-przerwał mi
-Tak matką twoją była elfka z rodu
plemienia zza góry. Miała na imię Nina. Odziedziczyłeś po niej
kolor włosów, łagodny ton głosu. Jesteś częścią jej częścią
mojej jedynej miłości. To Ty jesteś powodem utrzymania mnie przy
życiu.
-Ale jak to się stało, że trafiłem
tam a nie tu.?
-Napadło na moje królestwo, na nasze
królestwo wojsko elfów zza góry. Twoja matka uciekła wraz ze mną.
Uciekła ze mną bo mnie kochała czego dowodem jesteś właśnie Ty
mój synu. Nie chciała wrócić do swego domu za górą. Więc jej
ojciec sam zaczął interweniować. Napadł na nas. Twoja matka
uciekła wraz z tobą a miałeś wtedy pięć miesięcy. Uciekła z
tobą do wioski. A na skraju lasu dopadli ją ludzie z jej ludu iż
zabili. Tak właśnie traktują zdrajców własnego plemienia. Ciebie
zostawili w lesie w przekonaniu ,że rozszarpią Cię dzikie
zwierzęta. Ale odnalazł Cię karczmarz. Zaopiekował się tobą
jakbyś był jego synem. Znalazł także zwłoki twej matki i
pochował z czcią.
-A co działo się z Tobą? Ojcze?-
widziałem łzy w jego oczach.
-Ja drogi synu zostałem złapany i
wepchnięty do lochu elfów. Byłem tam aż sześć lat. Ale
znalazłem rozwiązanie i uciekłem. Minął następny rok. Szukałem
po całym świecie Ciebie. I usłyszałem wieści ,że karczmarz ma
dziecko, rzadko spotykane pół elfickie dziecko. W moim sercu
odrodziła się nadzieja ,że to może właśnie Ty.
I przypomniałem sobie w tym momencie
następne wspomnienie. Do karczmy w dzień moich siódmych urodzin
przybył bardzo dziwny i tajemniczy jegomość. Odziany w zieloną
pelerynę. Z pięknym pierścieniem na palcu. Usiadł obok mnie i
rozmawiał ze mną. Wiedział bardzo dużo o elfach i krajach bardzo
mi dalekich. Nie mogłem oderwać oczu od jego wspaniałego
pierścienia. Piękny lśniący diament na złotej obrączce. A na
niej wygrawerowane słowa cienkim pismem. Nigdy nie odczytałem co
oznacza ten napis. Patrzyłem się na pierścień i nie wiedziałem
co robić. Mężczyzna spojrzał i jakby odczytał co myślę i co
czuję. Zsunął pierścień z palca i położył przede mną.
Wziąłem go i przyłożyłem do serca jakby to był największy
klejnot na ziemi. Od tamtej pory nigdy już nie widziałem dziwnego
przybysza a pierścień do 13 roku życia nosiłem na łańcuszku a
potem na dłoni. Ocknąłem się ponownie ze wspomnienia. I
spojrzałem na prawą dłoń mojej ręki. Na wskazującym palcu
znajdował się ten pierścień. Wstałem powoli z fotela. Podszedłem
do ojca on również wstał. Przytuliłem się do niego. Łzy
spływały mi po policzkach.
-Witaj w domu mój synu-rzekł ojciec
płakał również.
-Służba!- krzykną. Do sali szybko
wbiegli ludzie.
-Zabrać mi chłopca do komnaty. Dać
mu coś ciepłego i kąpiel. Idź odpręż się synu jutro dzień
poznawania swojej przeszłości.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)