NOWE ŻYCIE
Pisk smoka stał się nie do
zniesienia więc otworzyłem zaspane powieki. Cornoctis leżał koło
mnie i uważnie mi się przyglądał. W pokoju było ciemno i
widziałem tylko błysk w jego ślepiach i ciepły oddech na skórze.
-
Witaj mały- rzekłem głaszcząc
go po głowie. –
Jak spałeś spytałem w odpowiedzi otworzył
tylko pyszczek i ukazał mi swoje białe ząbki z nozdrzy buchnęły
gorące stróżki dymu. Zamknął oczy udając ,że śpi. Podniosłem
się na łóżku.
-No tak jakbym zjadł tyle co ty też
by mi się dobrze spało-powiedziałem śmiejąc się.
Było jeść nikt ci nie zabraniał.
Odrzekł mi smok.
-Zabraniał nie zabraniał dziwnie się
tu jeszcze czuję nie jestem taki jak ty ,że się tak łatwo
przyzwyczajam.-Nie powiedział już nic tylko udawał ,że spał.
Nałożyłem na siebie ubranie przygotowane i przewieszone przez
poręcz hebanowego krzesła. Czarne spodnie i biała koszula. Przy
krześle stał mój miecz ,którego jeszcze nie nazwałem. Zapiąłem
pas na biodrach. Na stoliku leżała kartka z krótkim
powiadomieniem.
Synu. Gdy się obudzisz to proszę byś przyszedł do sali głównej
a swojego smoka zaprowadził do służącego Halma. Twój ociec.
-Cornoctis wstawaj –krzyknąłem do
smoka. Ospale zeskoczył z łóżka na ciemną posadzkę i podreptał
za mną. Po drodze spotkałem służącego chciałem spytać gdzie
mogę spotkać Halma lecz nie zdążyłem otworzyć ust bo on ukłonił
się i powiedział.
-Witam książę. Łaskawy mój pan
prosił o zabranie smoka ze sobą. Czy mogę?
-Ależ tak ,właśnie Cię
szukałem-powiedziałem.
Miłego dnia Cornoctisie. Smok
odwrócił się i spojrzał na mnie zielonymi oczami. Szedłem
szukając po korytarzach sali głównej. Aż w końcu znalazłem.
Drzwi choć wielkie to nie zaskrzypiały. Otworzyłem je bezgłośnie.
Sala do której wszedłem małymi krokami zaparła mi dech w
piersiach. Biały marmur był widoczny wszędzie. Dębowa podłoga
kontrastowała się z białymi ścianami. Wielkie okna po prawej i
lewej stronie. Posuwałem się do przodu po prawej stronie stały
posągi dwa razy większe o człowieka. Przedstawiały starych królów
w koronach i młode zgrabne królowe. Jedne posąg bardzo mnie
zaintrygował. Stanąłem przed nim. Przedstawiał kobietę o długich
włosach z diademem na głowie w rękach trzymała małe dziecko.
Chłopczyka z krótkimi włosami. Jego rączki delikatnie dotykały
policzków kobiety. Jej suknia spływała aż do ziemi. Na palcu
miała pierścień taki sam jaki dostałem na swoje siódme urodziny
od nieznajomego w gospodzie. Taki sam klejnot był w koronie mego
ojca i w rękojeści mojego miecza.
-To twoja matka i Ty- powiedział
ojciec. Odwróciłem się by spojrzeć w jego stronę. Siedział na
krześle przy wielkim stole nakrytym różnymi smacznie wyglądającymi
potrawami.
-Jest piękna...
Wskazał mi krzesło obok siebie.
Zjedliśmy posiłek w milczeniu. Dawno nie czułem w ustach tak
dobrych potraw. Klasnął w ręce i przybyła służba. Sprzątnęli
wszystkie naczynia i odstawili stół na bok.
-Chodź Murtaghu. Musisz się nauczyć
wiele rzeczy.
-Mam tylko jedno pytanie ojcze.
Dlaczego porwałeś mnie i torturowałeś w swej twierdzy? Dlaczego
torturowałeś elfów?
-Synu to są rzeczy które sam kiedyś
odkryjesz i sam się nauczysz jak postępować. Chciałem dobrze ale
nie miałem pewności czy to ty na pewno jesteś mym synem.
-Więc teraz skąd niby wiesz ,że
jestem twoim synem?
-Masz wszystko co powinien mieć mój
syn. Dwa medaliony ,miecz i masz pierścień swej matki. Czyż nie
prawda. –Rzekł wskazując na moją dłoń.
-Równie dobrze ktoś inny mógłby
sobie taki sam pierścień zrobić.
-NIE!!! Murtaghu takiego pierścienia
nikt inny nie mógłby sobie zrobić. O koniec dyskusji. A teraz idź
już. Czekają cię lekcje.
I mimo tego że nie miałem ochoty
wcale iść by uczyć się rzeczy które są mi potrzebne. Musiałem.
Moje umiejętności zadziwiły moich nauczycieli. Mistrz miecza
Gorgon Bohras tak był zadowolony ze mnie ,że obiecał pokazać mi
najlepsze chwyty w walce na miecze. Mój nowy dobytek był dziwnie
lekki. A zawsze zdawało mi się ,że miecz wcale nie powinien być
tak łatwy i lekki w użyciu.
-Murtaghu! Skup się na swoim zadaniu.
Masz mnie pokonać możesz mi zadawać cios jaki tylko chcesz. Możesz
nawet przeszyć mnie mieczem ja się od razu zregeneruję.-Powiedział
Gorgon.
-Zregenerujesz?- Spytałem z
zaskoczeniem.
-Tak czyli to ,że nic mi się nie
stanie. Jestem zmienno skóry i także dowódcą całej armii.
Zaczynajmy.
Wyciągnąłem miecz. Czerwony złowrogi
blask zalśnił w świetle słońca. Spojrzałem w oczy mego
przeciwnika i zaatakowałem. Walka była ostra i niebezpieczna.
Kilkanaście razy zraniłem Gorgona w brzuch lecz on nawet nie
krzykną ,był bardzo odporny na ból. Ale walka nie trwa wiecznie
,dostałem w plecy. Miecz rozciął mi szatę i mocno zranił plecy.
Piekący ból, upadłem na piasek. Krew kapała jak z kranu. Cały
żwir wkoło mnie zabarwił się moją krwią. Mistrz przyłożył
miecz do mej szyi.
-Całkiem nieźle jak na tak młodego
ucznia. Niektórzy nawet nie zdołali mi zadać rany ty zaś zrobiłeś
to aż pięciokrotnie będzie z ciebie porządny żołnierz.
Pomógł mi wstać i oddalił się w
stronę stajni. Ja zaś powoli w męce udałem się do sypialni.
Służąca obmyła mi plecy i obandażowała. Krew przestała się
sączyć a rana jakby sama powoli się zrastała. Dziwne zjawisko i
niezrozumiałe było to dla mnie. Ale się długo nie zastanawiałem
nad tym. Ubrałem się w nowa szatę. Ojciec oznajmił iż zostanę
publicznie koronowany na księcia i prawicowego następcę tronu już
za siedem dni. W tym czasie młody Książe czyli ja musiał się
przygotować do pokazania swych umiejętności przed ludem. Codzienne
ćwiczenia, bieganie ,jazda konno, strzelanie z łuku były tak
męczące ,że wieczorem przychodziłem do pokoju i padałem na
łóżko. Dwórki budziły mnie i prawie siłą zmuszały do kąpieli
i połknięcia jakiegoś ohydnego płynu dzięki ,któremu następnego
dnia moje wszystkie siniaki, zadrapania i ogólne rany znikały.
Gojenie się blizn było coraz szybsze. Mój mistrz miecza był coraz
bardziej dumny z moich postępów coraz częściej i coraz głębsze
otrzymywał rany. Ale nadal nie mogłem go pokonać. Ojca bardzo
rzadko widziałem. Pobierałem nauki doskonalenia pisma i czytania.
Najtrudniejsze zadanie i ćwiczenia były z Śmierciołuskim Moody.
Jazda konna i walka na miecze. Mój smok także się kształcił pod
okiem Folronga. Stary mistrz smoków znał wszystkie tajniki.
Wiedział jakie ćwiczenia stosować by smok wzrastał w sile.
Cornoctis bardzo zręczny uczeń rósł bardzo szybko. Przez dwa
tygodnie z wielkości dorosłego kota urósł do wielkości młodego
kuca. Spokojnie mogłem położyć rękę na jego grzbiecie
nieschylając się ale nadal był jeszcze za mały i za młody na
dosiadanie go. Choć małe dzieci z wioski przy zamku bardzo go
polubiły. Gdy chodził ze swym mistrzem na przechadzkę po targach
oraz na łąkę by polatać dzieci biegły za nimi i krzyczały z
radości. Mistrz był wręcz zmuszony przez dzieci na zrobienie
siodła by mój młody smok mógł unosić w powietrze maluchy.
Cornoctis wcale się na to nie uskarżał bo bardzo lubił małe
dzieci. Jego łuski się wzmacniały i przybrały wyraźny zielony
kolor, kły rosły z wielka szybkością a z paszczy wydobywały się
od czasu do czasu stróżki cienkiego i czerwonego ognia z czego
byłem bardzo dumny. Mistrz trenował w nim jeszcze umiejętność
zgrabnych manewrów w powietrzu. Czas upływał bardzo szybko, byłem
coraz bardziej zdenerwowany bo niedługo miało być uroczyste
wystąpienie.
no i teraz trzeba czekać kilka dni na nowe rozdziały ;P