piątek, 12 kwietnia 2013

Taka mała rodzinka:P

MURTAGH, ELEANOR,SANTIAGO
CZARNE CHMURY I OCZEKIWANIE Zjedliśmy śniadanie w ciszy i niezmąconym spokoju. Poprosiłem służącą by wzięła małego chłopczyka na spacer, moja żona zaś udała się na przejażdżkę konno. Mnie czekało trudne przemówienie i narada przedwojenna a także przyjęcie posłanników z wrogiego królestwa. Wstałem od stołu. Spojrzałem za wielkie okno, pogoda była bardzo brzydka i zapowiadało się na niemałą burzę. Nadzieja na przybycie wszystkich ministrów oraz doradców trochę zbladła. Jeżeli zacznie padać to nie przybędzie Czarodziej zza morza- Pomyślałem w duchu. Nie, nie może. Klasnąłem w ręce, szybko i bezszelestnie podbiegł do mnie sługa. -Przynieś mi mapy bitewne, pióro z czerwonym i zielonym atramentem, oraz mapę naszego królestwa. Znajdziesz to w oliwkowo-niebieskiej szufladzie przy biurku. Pośpiesz się tylko.- Rzekłem. Sługa odwrócił się i pobiegł do mojego gabinetu. Spojrzałem znów przez okno, zobaczyłem moją żonę na śnieżno-białym rumaku. Ubrała się w błękitną, lekką bluzkę z długim rękawem. Na plecach wyszyte złotymi nićmi herby naszych rodów, czarne spodnie opinały jaj zgrabne nogi. Czarne skórzane buty do kolan połyskiwały matowym odcieniem. Siodło konia było czerwono-zielone. Zeszła z wierzchowca i kiwnęła kłową na przechodzącą obok służącą. Poprawiała zgrabnym ruchem koszulę, i założyła na ręce czarne rękawice, u jej pasa wisiał miecz. Widać było czarno-niebieską rękojeść. Podjechał do niej mężczyzna na czarnym ,lśniącym wierzchowcu. Rozpoznałem w nim Śmierciołuskiego. -No tak, dzisiaj miała cotygodniowe ćwiczenia sprawnościowe.- Rzekłem do siebie z cicha. Siadłem na tronie, pokryty aksamitem delikatnie ocierał się o moją skórę. Pogrążyłem się we wspomnieniach, przypominałem sobie najważniejsze wydarzenia z mojego krótkiego życia. Wspomniałem ceremonię przyjęcia mnie do grona Szarych Cieni, przejęcia Królestwa oraz tej najważniejszej ceremoni. Ślubu. -Murtaghu! Hodie cuncti coram rege et populo tuo, quia diligis hanc iurat. Repromissio, et incubuit super te repente amet suis. Promittis ut servarent eum, et contra semen tuum plagas mundi usque ad finem vitae?* -Promitto.** We wspomnieniach ujrzałem swoją piękną kochankę. Jej długa biała suknia spływała aż do ziemi, zasłaniając jej stopy. Miała wysokie buty na obcasie , dzięki temu była trochę wyższa, zgrabne ponętne ciało opięte w biel zwróciłoby uwagę każdego mężczyzny na świecie. Ale ona była tylko moja. Na zawsze na wieki i nie miałem zamiaru tego nigdy zmienić. Przywołałem się do rzeczywistości, czekała mnie długa narada z moimi wrogami. Siedziałem przy stole stukając palcami o piękny hebanowy blat. Do sali wbiegł zdyszany służący niosąc papiery, mapy i inne potrzebne mi w tym momencie rzeczy. Ukłonił się nisko. Spojrzałem na niego zaciekawiony bo najwidoczniej miał mi jeszcze coś do powiedzenia. Dałem mu chwilę wytchnąć i zraza potem sługa wylał z siebie potok słów. -Panie u bram czekają posłańcy kraju, jak nakazałeś odźwierny ni wpuści ich bez twojej zgody. -Kto tam jest?- Spytałem zaciekawiony bardzo ,któż przybył na naradę. -Stary mag w zielonej szacie ,mówi w starej mowie Aglanadu....-Przerwałem mu. -Wprowadź natychmiast. *-Murtaghu, dziś przed obliczem króla i całego twojego wiernego ludu zarzekasz się iż będziesz kochał tę oto kobietę. Przyrzekasz iż będziesz ją miłował nas życie i poświęcisz jej każdą chwilę swego czasu. Czy przyrzekasz strzec ją, a także waszego potomstwa przed ranami tego świata aż do końca twego istnienia? **-Przyrzekam. Jakoś tak długo nie tu nie było, dodaję bardzo krótki rozdział, ale nie mam ostatnio weny i w moim życiu wszystko się pieprzy za przeproszeniem. Jeżeli tu jesteś i to czytasz to zostaw komentarz z jakąś uwagą lub radą lub po prostu z czym kolwiek. Nie zależnie od tego czy podoba się Ci ten blog czy nie. Na razie sądzę ,że przez dwa miesiące nie macie co liczyć na dalszą akcję opowieści. :D :D :D :D :D Pozrowiam wszystkich serdecznie, cieszę się ,że czytacie mój blog. Murtagh™

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Nowy rozdział

Jak obiecałam nowy rozdział ;) 5 LAT PÓŹNIEJ Podszedłem do zielonej kołyski. Spojrzałem jeszcze przez okno. Odwróciłem się, na łóżku spała moja piękna rudowłosa żona. Eleanor była moim jedynym jak dotąd szczęściem po śmierci ojca. Powoli podszedłem do łóżeczka. W kołysce leżał chłopczyk o rudych włosach takiego samego odcieniu jak matka. Oczka miał otwarte i leciutko ziewał, wziąłem synka na ręce. Popatrzył na mnie zielono-szarymi oczkami i znów ziewnął. Jego bialutkie ubranko lśniło w rannym słońcu. Przytuliłem go do siebie i leciutko podtrzymywałem jego główkę by nic sobie nie zrobił. Siadłem na skraju łóżka, ale Santiago nie był zadowolony i rozpoczął swoje płaczliwie rozmowy. Położyłem synka koło żony i sam też się do nich przyłączyłem. Odgarnąłem niesforny kosmyk z twarzy mojej ukochanej. Wyglądała jak bogini jak najpiękniejsze bóstwo. Otworzyła oczy takie same jakie ma syn, uśmiechnęła się. Było to piękne, pocałowałem ją. Usta jak płatki róż, skóra jak najdroższy jedwab długo bym mógł jeszcze wymieniać ale chyba nie starczyłoby mi czasu do śmierci by wymienić wszystkie jej cechy. -Nie płakał?- Spytała jeszcze śpiącym głosem. -Nie. Jest bardzo silny- Powiedziałem i znów ją pocałowałem. -Jest taki jak Ty i twój ojciec- te słowa wzbudziły we mnie wszystkie te wspomnienia. -Muszę nakarmić Santiago Wstał z łoża. Jej koszula biała, lekko prześwitująca. Widać było jak piękne ma kształty, jak bardzo jest piękna. Santiago leżał i zawzięcie próbował złapać frędzelki zwisające z sufitu. Specjalnie dla niego przykręciłem to by miał co robić. Eleanor podeszła do mnie i siadła mi na kolana. Zaczęła mnie całować, tak bardzo jej pragnąłem, od zawsze i na zawsze. Jej ręce błądziły po moim ciele. -Śpi? -Tak. Odniosę go do łóżeczka, zaraz to dokończymy.- I przesłała mi całusa. Odniosła maluszka do kołyski i wróciła do mnie. Całowała mnie namiętnie, wdychałem jej lawendowy zapach włosów. Jej ciało było gorące, pragnęła mnie. Czułem nie tylko pożądanie, czułem bezgraniczną miłość do niej. Moje serce należało tylko do niej i do naszego synka. Byli całym moim światem. Złapała moją twarz w ręce. -Kocham Cię- szepnęła i znów mnie pocałowała. -Ja też Cię Kocham ale wiesz ,że to nie wystarczy by pokazać Ci jak bardzo Cię kocham. -Mam już prawdziwy dowód, mam Ciebie i naszego synka te dowody mi wystarczą. -Wiem -Muszę iść- trzeba go nakarmić bo raczej nie zasnął już na długo. -Ja też mam dzisiaj dużo pracy.-Wstałem z łóżka ,przyciągnąłem ją do siebie i ucałowałem. Podeszła do łóżeczka synka i wzięła go na ręce i wyszła z sypialni. PS: nie wiem czy poszłam w dobrą drogę jeżeli chodzi przyśpieszenie akcji opowiadania ;P piszcie i komentujcie ;P

środa, 27 marca 2013

poniedziałek, 25 marca 2013

POLOWANIE

Jak obiecałam POLOWANIE Śmierciołuski Moody dwa dni przed całą ceremonią zarządził polowanie na białego jelenia. Zwierzę to pojawiało się dwa razy do roku w noc świętojańską i podczas zaćmienia słońca. Nikt nigdy nie zdołał go schwytać podczas panowania mojego rodu ale chodziły pogłoski iż ród z którego pochodziła moja matka w równonoc schwytali zwierzę. A było ono o pięknej gładkiej sierści, srebrzącej się w świetle księżyca. Podobno każdy kto choć raz dotkną lub choćby spotkał na swej drodze to zwierze na zawsze zostawał odmieniony. Jelenia widziały osoby tylko o dobrym i czystym sercu. Tak jak nadworny bard Hirluin. Krążyła plotka od wielu lat ,iż młody wtedy jeszcze bo zaledwie szesnastoletni Hirluin syn młynarza zza morza przybył do naszego królestwa i szukał pracy. A dzięki fachowi jego ojca znalazł ją szybko u nadwornego młynarza. Pracował tam wiele lat i któregoś wieczoru a dokładnie właśnie w noc świętojańską wyszedł do lasu. Wrócił bardzo późno i jak się okazało wrócił odmieniony. Zaczął pisać piękne wiersze i pieśni. Porzucił pracę w młynie i udał się na dwór mego ojca który właśnie rozpoczął swoje panowanie. Król i jego młody następca przyjęli go z otwartymi ramionami. Nikt nie spodziewał się iż ów czterdziestoletni mężczyzna ma taki talent. Niestety to on przepowiedział przykre losy ojca. Nikt nie znał prawdziwej formuły przepowiedni. Od tamtej pory gdy Hirluin wypowiedział słowa przestał się odzywać, niektórzy uważali iż opętała go ciemność i stracił głos na wskutek klątwy. Ale prawdy nikt nie poznał aż do tej pory. I chodź bard jest już stary a liczy sobie 69 lat aż do tej pory się do nikogo nie odzywa. Wciąż pisze piękne pieśni i wiersze to jego stan jest niezmieniony. Gdy rozpoczęły się przygotowania do polowania spotkałem dwa razy barda ,który uśmiechał się do mnie w tajemniczy sposób. Moje myśli jednak zajęły inne sprawy. Pobiegłem do stajni by przygotować swojego konia do podróży. Wyszorowałem siodło, uzdy i inne potrzebne przybory do jazdy. Poprosiłem także służących o przyniesienie łuku i strzał jak najlepszych w królestwie. Ku memu zdziwieniu podczas oczekiwać na sługi, poszedł do mnie ów stary bard a w rękach trzymał łuk i srebrno-zielone strzały w złotym kołczanie. Popatrzyłem się na niego bardzo zdziwiony. Lecz on tylko pokazał mi bym był cicho i się odezwał co wprawiło mnie w jeszcze większe osłupienie. - Murtaghu na pewno wiesz kim jestem. Przynoszę Ci ten łuk i strzały by Ci pomóc. Dzięki tym strzałom schwytasz białego jelenia. Ten łuk nigdy cię nie zawiedzie i na pewno trafisz do celu który chcesz upolować. -Dziękuję. Ale skąd go masz? Dlaczego mi pomagasz? Starzec zamiast mi odpowiedzieć na pytanie ,rzekł tylko: -Pracuj cicho i w skupieniu.- Po tych słowach odszedł powoli. Jego zielona szata była widoczna jeszcze z daleka. Chwilę później przybiegła służba z łukami i strzałami. Musiałem ich odprawić. Przyjrzałem się łukowi. Był pięknie zdobiony pięknymi zielonymi listkami i wyrzeźbionymi postaciami. Czarny koń oparł łeb na moim ramieniu. Pogłaskałem go po grzywie. Do stajni szybko wbiegł jakiś sługa. -Panie ,Śmierciołuski nakazuje pośpiech bo za chwilę wyjeżdżacie. -Dziękuję, ale czy mógłbyś mi pomóc osiodłać konia? Służący ukłonił się i zaczął mi pomagać. Szybko się z tym uporaliśmy. Wskoczyłem na konia i wyjechałem ze stajni a w tym samym momencie podjechali do mnie Moody i jego kompania. -No Murtaghu gotowy do nocnej przygody i polowania? -Tak mistrzu, sądzę że chyba dam radę. -Mam nadzieję. Pojechaliśmy szybko w stronę lasu, był zwany także jako Puszcza Zła. Gdy tam wjechaliśmy poczułem dziwny ból i zmęczenie. Głowa opadła mi na pierś i zasnąłem. Nic nie słyszałem ,nic nie widziałem. Nie wiem ile czasu spałem, nie wiem jak długo byłem poza czasem zwykłego świata. Obudził i przywrócił mnie do stanu normalnego funkcjonowania jakiś miękki i ciepły dotyk. Otworzyłem oczy, nade mną było ciemne niebo usypane gwiazdami. Obok mnie coś się błyszczało ale widziałem tylko poświatę. Usiadłem powoli. Przede mną stał biały jeleń, przetarłem oczy bo nie mogłem uwierzyć ,że to się naprawdę się dzieje. Ale jeleń stał dalej przede mną. Wstałem gwałtownie bardzo zdumiony i przestraszony. Odsunąłem się kilka kroków do tyłu. Nagle biały jeleń zaczął się przemieniać. Stanął na tylnie kopyta, wokół niego utworzyła się srebrna mgła. Zamknąłem oczy bo światło bardzo mnie raziło. -Nie bój się- usłyszałem piękny głos ,który brzmiał mi w głowie jak najpiękniejszy dźwięk, jak dzwonki jak deszcz. Nie mogłem znaleźć określenia do tak pięknego głosu ale jeszcze piękniejsza była kobieta ,która stała przede mną. Przyjrzałem się jej dokładnie i pewien szczegół nie uległ mojej nieuwadze. Ta kobieta miała taki sam pierścień na palcu jak ja i mój ojciec. Spojrzałem na nią w sercu rosło mi coraz bardziej uczucie szczęścia. Nie potrafiłem tego wytłumaczyć. -Tak synu. -Ale Ty nie żyjesz. Matko? -Nie żyję to prawda ale dzięki memu dziedzictwu mogę wciąż żyć w tej właśnie postaci. -Czyli, że jednak żyjesz??? -Tak i nie Jej postać zaczęła się rozpływać znów zaczęła się przemieniać w jelenia o pięknej barwie. Do zobaczenia Mój Synu. Usłyszałem jeszcze te słowa na koniec. Biały jeleń skoczył żwawo w las a ja usłyszałem głos rogu. A na polankę wjechał Śmierciołuski Moody. -Murtaghu szukamy Cię od kilku godzin, co się stało? Lecz ja nic mu nie odpowiedziałem tylko wciąż wpatrywałem się miejsce w ,którym zniknął jeleń. -Widziałeś? Prawda?- Spytał Moody. Skinąłem tylko lekko głową i nic już więcej nie powiedziałem. A w mojej głowie wciąż brzmiały mi słowa ‘’Mój Synu’’.

dziś będzie nowy rozdział:P

dzisiaj ok. Godziny 14.30 wstawię nowy rozdział. Wczoraj siedziałam cały dzień i pisałam. Troche napisałam coś bardzow nierealnego ale mam nadzieję że wam się spodoba :P

niedziela, 24 marca 2013


NOWE ŻYCIE

Pisk smoka stał się nie do zniesienia więc otworzyłem zaspane powieki. Cornoctis leżał koło mnie i uważnie mi się przyglądał. W pokoju było ciemno i widziałem tylko błysk w jego ślepiach i ciepły oddech na skórze.
-Witaj mały- rzekłem głaszcząc go po głowie. –Jak spałeś spytałem w odpowiedzi otworzył tylko pyszczek i ukazał mi swoje białe ząbki z nozdrzy buchnęły gorące stróżki dymu. Zamknął oczy udając ,że śpi. Podniosłem się na łóżku.
-No tak jakbym zjadł tyle co ty też by mi się dobrze spało-powiedziałem śmiejąc się.
Było jeść nikt ci nie zabraniał. Odrzekł mi smok.
-Zabraniał nie zabraniał dziwnie się tu jeszcze czuję nie jestem taki jak ty ,że się tak łatwo przyzwyczajam.-Nie powiedział już nic tylko udawał ,że spał. Nałożyłem na siebie ubranie przygotowane i przewieszone przez poręcz hebanowego krzesła. Czarne spodnie i biała koszula. Przy krześle stał mój miecz ,którego jeszcze nie nazwałem. Zapiąłem pas na biodrach. Na stoliku leżała kartka z krótkim powiadomieniem.
Synu. Gdy się obudzisz to proszę byś przyszedł do sali głównej a swojego smoka zaprowadził do służącego Halma. Twój ociec.
-Cornoctis wstawaj –krzyknąłem do smoka. Ospale zeskoczył z łóżka na ciemną posadzkę i podreptał za mną. Po drodze spotkałem służącego chciałem spytać gdzie mogę spotkać Halma lecz nie zdążyłem otworzyć ust bo on ukłonił się i powiedział.
-Witam książę. Łaskawy mój pan prosił o zabranie smoka ze sobą. Czy mogę?
-Ależ tak ,właśnie Cię szukałem-powiedziałem. Miłego dnia Cornoctisie. Smok odwrócił się i spojrzał na mnie zielonymi oczami. Szedłem szukając po korytarzach sali głównej. Aż w końcu znalazłem. Drzwi choć wielkie to nie zaskrzypiały. Otworzyłem je bezgłośnie. Sala do której wszedłem małymi krokami zaparła mi dech w piersiach. Biały marmur był widoczny wszędzie. Dębowa podłoga kontrastowała się z białymi ścianami. Wielkie okna po prawej i lewej stronie. Posuwałem się do przodu po prawej stronie stały posągi dwa razy większe o człowieka. Przedstawiały starych królów w koronach i młode zgrabne królowe. Jedne posąg bardzo mnie zaintrygował. Stanąłem przed nim. Przedstawiał kobietę o długich włosach z diademem na głowie w rękach trzymała małe dziecko. Chłopczyka z krótkimi włosami. Jego rączki delikatnie dotykały policzków kobiety. Jej suknia spływała aż do ziemi. Na palcu miała pierścień taki sam jaki dostałem na swoje siódme urodziny od nieznajomego w gospodzie. Taki sam klejnot był w koronie mego ojca i w rękojeści mojego miecza.
-To twoja matka i Ty- powiedział ojciec. Odwróciłem się by spojrzeć w jego stronę. Siedział na krześle przy wielkim stole nakrytym różnymi smacznie wyglądającymi potrawami.
-Jest piękna...
Wskazał mi krzesło obok siebie. Zjedliśmy posiłek w milczeniu. Dawno nie czułem w ustach tak dobrych potraw. Klasnął w ręce i przybyła służba. Sprzątnęli wszystkie naczynia i odstawili stół na bok.
-Chodź Murtaghu. Musisz się nauczyć wiele rzeczy.
-Mam tylko jedno pytanie ojcze. Dlaczego porwałeś mnie i torturowałeś w swej twierdzy? Dlaczego torturowałeś elfów?
-Synu to są rzeczy które sam kiedyś odkryjesz i sam się nauczysz jak postępować. Chciałem dobrze ale nie miałem pewności czy to ty na pewno jesteś mym synem.
-Więc teraz skąd niby wiesz ,że jestem twoim synem?
-Masz wszystko co powinien mieć mój syn. Dwa medaliony ,miecz i masz pierścień swej matki. Czyż nie prawda. –Rzekł wskazując na moją dłoń.
-Równie dobrze ktoś inny mógłby sobie taki sam pierścień zrobić.
-NIE!!! Murtaghu takiego pierścienia nikt inny nie mógłby sobie zrobić. O koniec dyskusji. A teraz idź już. Czekają cię lekcje.
I mimo tego że nie miałem ochoty wcale iść by uczyć się rzeczy które są mi potrzebne. Musiałem. Moje umiejętności zadziwiły moich nauczycieli. Mistrz miecza Gorgon Bohras tak był zadowolony ze mnie ,że obiecał pokazać mi najlepsze chwyty w walce na miecze. Mój nowy dobytek był dziwnie lekki. A zawsze zdawało mi się ,że miecz wcale nie powinien być tak łatwy i lekki w użyciu.
-Murtaghu! Skup się na swoim zadaniu. Masz mnie pokonać możesz mi zadawać cios jaki tylko chcesz. Możesz nawet przeszyć mnie mieczem ja się od razu zregeneruję.-Powiedział Gorgon.
-Zregenerujesz?- Spytałem z zaskoczeniem.
-Tak czyli to ,że nic mi się nie stanie. Jestem zmienno skóry i także dowódcą całej armii. Zaczynajmy.
Wyciągnąłem miecz. Czerwony złowrogi blask zalśnił w świetle słońca. Spojrzałem w oczy mego przeciwnika i zaatakowałem. Walka była ostra i niebezpieczna. Kilkanaście razy zraniłem Gorgona w brzuch lecz on nawet nie krzykną ,był bardzo odporny na ból. Ale walka nie trwa wiecznie ,dostałem w plecy. Miecz rozciął mi szatę i mocno zranił plecy. Piekący ból, upadłem na piasek. Krew kapała jak z kranu. Cały żwir wkoło mnie zabarwił się moją krwią. Mistrz przyłożył miecz do mej szyi.
-Całkiem nieźle jak na tak młodego ucznia. Niektórzy nawet nie zdołali mi zadać rany ty zaś zrobiłeś to aż pięciokrotnie będzie z ciebie porządny żołnierz.
Pomógł mi wstać i oddalił się w stronę stajni. Ja zaś powoli w męce udałem się do sypialni. Służąca obmyła mi plecy i obandażowała. Krew przestała się sączyć a rana jakby sama powoli się zrastała. Dziwne zjawisko i niezrozumiałe było to dla mnie. Ale się długo nie zastanawiałem nad tym. Ubrałem się w nowa szatę. Ojciec oznajmił iż zostanę publicznie koronowany na księcia i prawicowego następcę tronu już za siedem dni. W tym czasie młody Książe czyli ja musiał się przygotować do pokazania swych umiejętności przed ludem. Codzienne ćwiczenia, bieganie ,jazda konno, strzelanie z łuku były tak męczące ,że wieczorem przychodziłem do pokoju i padałem na łóżko. Dwórki budziły mnie i prawie siłą zmuszały do kąpieli i połknięcia jakiegoś ohydnego płynu dzięki ,któremu następnego dnia moje wszystkie siniaki, zadrapania i ogólne rany znikały. Gojenie się blizn było coraz szybsze. Mój mistrz miecza był coraz bardziej dumny z moich postępów coraz częściej i coraz głębsze otrzymywał rany. Ale nadal nie mogłem go pokonać. Ojca bardzo rzadko widziałem. Pobierałem nauki doskonalenia pisma i czytania. Najtrudniejsze zadanie i ćwiczenia były z Śmierciołuskim Moody. Jazda konna i walka na miecze. Mój smok także się kształcił pod okiem Folronga. Stary mistrz smoków znał wszystkie tajniki. Wiedział jakie ćwiczenia stosować by smok wzrastał w sile. Cornoctis bardzo zręczny uczeń rósł bardzo szybko. Przez dwa tygodnie z wielkości dorosłego kota urósł do wielkości młodego kuca. Spokojnie mogłem położyć rękę na jego grzbiecie nieschylając się ale nadal był jeszcze za mały i za młody na dosiadanie go. Choć małe dzieci z wioski przy zamku bardzo go polubiły. Gdy chodził ze swym mistrzem na przechadzkę po targach oraz na łąkę by polatać dzieci biegły za nimi i krzyczały z radości. Mistrz był wręcz zmuszony przez dzieci na zrobienie siodła by mój młody smok mógł unosić w powietrze maluchy. Cornoctis wcale się na to nie uskarżał bo bardzo lubił małe dzieci. Jego łuski się wzmacniały i przybrały wyraźny zielony kolor, kły rosły z wielka szybkością a z paszczy wydobywały się od czasu do czasu stróżki cienkiego i czerwonego ognia z czego byłem bardzo dumny. Mistrz trenował w nim jeszcze umiejętność zgrabnych manewrów w powietrzu. Czas upływał bardzo szybko, byłem coraz bardziej zdenerwowany bo niedługo miało być uroczyste wystąpienie.

no i teraz trzeba czekać kilka dni na nowe rozdziały ;P