CZARNE CHMURY I OCZEKIWANIE
Zjedliśmy śniadanie w ciszy i niezmąconym spokoju. Poprosiłem służącą by wzięła małego chłopczyka na spacer, moja żona zaś udała się na przejażdżkę konno. Mnie czekało trudne przemówienie i narada przedwojenna a także przyjęcie posłanników z wrogiego królestwa. Wstałem od stołu. Spojrzałem za wielkie okno, pogoda była bardzo brzydka i zapowiadało się na niemałą burzę. Nadzieja na przybycie wszystkich ministrów oraz doradców trochę zbladła. Jeżeli zacznie padać to nie przybędzie Czarodziej zza morza- Pomyślałem w duchu. Nie, nie może. Klasnąłem w ręce, szybko i bezszelestnie podbiegł do mnie sługa.
-Przynieś mi mapy bitewne, pióro z czerwonym i zielonym atramentem, oraz mapę naszego królestwa. Znajdziesz to w oliwkowo-niebieskiej szufladzie przy biurku. Pośpiesz się tylko.- Rzekłem. Sługa odwrócił się i pobiegł do mojego gabinetu. Spojrzałem znów przez okno, zobaczyłem moją żonę na śnieżno-białym rumaku. Ubrała się w błękitną, lekką bluzkę z długim rękawem. Na plecach wyszyte złotymi nićmi herby naszych rodów, czarne spodnie opinały jaj zgrabne nogi. Czarne skórzane buty do kolan połyskiwały matowym odcieniem. Siodło konia było czerwono-zielone. Zeszła z wierzchowca i kiwnęła kłową na przechodzącą obok służącą. Poprawiała zgrabnym ruchem koszulę, i założyła na ręce czarne rękawice, u jej pasa wisiał miecz. Widać było czarno-niebieską rękojeść. Podjechał do niej mężczyzna na czarnym ,lśniącym wierzchowcu. Rozpoznałem w nim Śmierciołuskiego.
-No tak, dzisiaj miała cotygodniowe ćwiczenia sprawnościowe.- Rzekłem do siebie z cicha. Siadłem na tronie, pokryty aksamitem delikatnie ocierał się o moją skórę. Pogrążyłem się we wspomnieniach, przypominałem sobie najważniejsze wydarzenia z mojego krótkiego życia. Wspomniałem ceremonię przyjęcia mnie do grona Szarych Cieni, przejęcia Królestwa oraz tej najważniejszej ceremoni. Ślubu.
-Murtaghu! Hodie cuncti coram rege et populo tuo, quia diligis hanc iurat. Repromissio, et incubuit super te repente amet suis. Promittis ut servarent eum, et contra semen tuum plagas mundi usque ad finem vitae?*
-Promitto.**
We wspomnieniach ujrzałem swoją piękną kochankę. Jej długa biała suknia spływała aż do ziemi, zasłaniając jej stopy. Miała wysokie buty na obcasie , dzięki temu była trochę wyższa, zgrabne ponętne ciało opięte w biel zwróciłoby uwagę każdego mężczyzny na świecie. Ale ona była tylko moja. Na zawsze na wieki i nie miałem zamiaru tego nigdy zmienić.
Przywołałem się do rzeczywistości, czekała mnie długa narada z moimi wrogami. Siedziałem przy stole stukając palcami o piękny hebanowy blat. Do sali wbiegł zdyszany służący niosąc papiery, mapy i inne potrzebne mi w tym momencie rzeczy. Ukłonił się nisko. Spojrzałem na niego zaciekawiony bo najwidoczniej miał mi jeszcze coś do powiedzenia. Dałem mu chwilę wytchnąć i zraza potem sługa wylał z siebie potok słów.
-Panie u bram czekają posłańcy kraju, jak nakazałeś odźwierny ni wpuści ich bez twojej zgody.
-Kto tam jest?- Spytałem zaciekawiony bardzo ,któż przybył na naradę.
-Stary mag w zielonej szacie ,mówi w starej mowie Aglanadu....-Przerwałem mu.
-Wprowadź natychmiast.
*-Murtaghu, dziś przed obliczem króla i całego twojego wiernego ludu zarzekasz się iż będziesz kochał tę oto kobietę. Przyrzekasz iż będziesz ją miłował nas życie i poświęcisz jej każdą chwilę swego czasu. Czy przyrzekasz strzec ją, a także waszego potomstwa przed ranami tego świata aż do końca twego istnienia?
**-Przyrzekam.
Jakoś tak długo nie tu nie było, dodaję bardzo krótki rozdział, ale nie mam ostatnio weny i w moim życiu wszystko się pieprzy za przeproszeniem. Jeżeli tu jesteś i to czytasz to zostaw komentarz z jakąś uwagą lub radą lub po prostu z czym kolwiek. Nie zależnie od tego czy podoba się Ci ten blog czy nie. Na razie sądzę ,że przez dwa miesiące nie macie co liczyć na dalszą akcję opowieści.
:D :D :D :D :D
Pozrowiam wszystkich serdecznie, cieszę się ,że czytacie mój blog.
Murtagh™